Moje artykuły

Zapewne wszyscy znają powiedzenie: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Myślę również, że wielu czytelników w pełni to potwierdzi, powołując się na własne doświadczenia. Sam znajduję w moim życiu dowody zaświadczające o tym, że problemy, nawet te bardzo duże, mogą pozytywnie wpływać na życie. Choroba nowotworowa, jakiej doświadczyłem ponad 10 lat temu, była dla mnie namacalnym dowodem tego zjawiska. Jej wpływ na moje życie, a dokładnie na moją psychikę, oceniam jako bardzo pozytywny, mimo negatywnych konsekwencji, które dotknęły mnie w sensie fizycznym (m.in. trwałe uszkodzenia nerwów w nogach na skutek działania chemii).

Chciałbym się tu odnieść do pojęcia „wzmocnienia”, jakie pojawia się w wyniku przeżytych problemów. Okazuje się, że można tak doświadczyć pojawiającego się problemu, że dokonuje on   wewnętrznej przemiany naszej psychiki. W wyniku tego procesu staje się ona bardziej sprawna, bardziej konstruktywnie wpływa na nasze życie, a w rozumieniu procesów psychologicznych – sytuacja ta powoduje nasz wzrost (rozwój).

 „Wzmocnienie” oznacza tu przyrost siły psychicznej, wzrost wiary w siebie z jednoczesnym pojawieniem się zwiększonej skuteczności życiowej (umiejętność stawiania czoła wyzwaniom, jakie  niesie życie). I to, co jest tu najistotniejsze: źródło „wzmocnienia” umiejscowione jest wewnątrz nas. Świat zewnętrzny jedynie wysyła bodźce,  stawiając przed nami problemy, które w konsekwencji uaktywniają to wewnętrzne źródło. Kiedy nie potrafimy w sposób odpowiedni doświadczyć problemu,  który staje na naszej drodze, wówczas nie tylko w ujęciu metaforycznym, może on nas „zabić”. Będąc w szpitalu, gdzie  byłem poddawany chemioterapii, widziałem osoby, którym choroba całkowicie odebrała życiową energię. Dziś już nie żyją. Mam także okazję obserwowania osób, które w wyniku życiowych problemów przyjęły postawę przetrwania. Nie ma w nich radości życia, które traktują niemalże jak zło konieczne.

Co oznacza „odpowiednie doświadczenie problemu”?

Kiedy pojawia się problem, niemalże automatycznie nasza uwaga poszukuje jego źródła, najczęściej na zewnątrz nas. Wówczas jako przyczynę naszego pogarszającego się samopoczucia identyfikujemy atmosferę w pracy albo zachowanie szefa, który nas skrytykował. Przyczyny braku radości życia często doszukujemy się  w naszym małżeństwie, w zachowaniu męża/żony. Nawet w poszukiwaniu źródła choroby kierujemy naszą uwagę  na  świat zewnętrzny. Będąc w szpitalu miałem okazję słyszeć oskarżenia, jakie kierowali niektórzy chorzy pod adresem swoich bliskich.  Inni doszukiwali się źródeł choroby w przeszłości. „Odpowiednie doświadczanie problemu” to koncentracja uwagi na uczuciach i emocjach, jakie pojawiają się w wyniku tego problemu. To one mają przede wszystkim wypełniać naszą świadomość. Nie może tu być miejsca na rozważania i myślenie: „dlaczego on(-a) to zrobił(-a)?”, „dlaczego mnie to spotkało”, „ czy nie mogłem tego uniknąć?”. W takich sytuacjach myślenie daje wyjątkowo negatywny efekt i dlatego należy unikać go za wszelką cenę. „Odpowiednie doświadczenie problemu” to przyzwolenie na doznawanie wszystkich pojawiających się uczuć i emocji. Doznawanie, a nie manifestowanie ich w postaci zachowania, czy nawet tylko rozmyślania pod ich wpływem. Dobrze jest rozwijać umiejętność „odpowiedniego doświadczania problemów” pod okiem kogoś, kto już ją opanował, przynajmniej w podstawowym zakresie.

Problem to szansa na rozwój

O znaczeniu problemów i trudności w rozwoju człowieka mówił w swoich pracach m.in. psycholog Kazimierz Dąbrowski. W wyniku kilkudziesięcioletnich doświadczeń dostrzegł on, iż wzrost (dojrzałość) człowieka poprzedzony jest dezintegracją jego psychiki. Rozwój oznacza przekraczanie obecnego stanu psychiki, przechodzenie od niżej zorganizowanych do wyżej zorganizowanych struktur psychicznych. Dezintegrację – pierwszy etap rozwoju wywołują zazwyczaj życiowe problemy. Dąbrowski dostrzegł, że na tym etapie towarzyszą człowiekowi negatywne przeżycia, takie jak lęk, utrata poczucia bezpieczeństwa, przykrości itp. Właściwie przeżyte problemy sprawiają, że na kolejnym etapie następuje powrót do równowagi psychicznej, ale już na wyższym poziomie. Wówczas pojawia się uspokojenie, harmonia, zadowolenie, radość i poczucie szczęścia.

Byłem pod wrażeniem słów jakie usłyszałem od jednej z moich klientek, która powiedziała mi, że kilka dni wcześniej podziękowała mężowi za to, że ją trzy lata temu zdradził. Dzięki traumie jakiej wówczas doświadczyła uruchomił się proces, dzięki któremu jest dziś w miejscu, które jej bardzo odpowiada. Czuje się zdecydowanie bardziej dojrzała, a co za tym idzie  spełniona i szczęśliwa. Doskonale wiedziałem o czym mówiła moja klientka. Moje osobiste doświadczenia w pełni potwierdzają ten proces.

 Według Dąbrowskiego pożyteczne jest  dla człowieka, gdy spotykają go jakieś niepowodzenia, straty, klęski, bo to powoduje dezintegrację, która,  gdy jest należycie przeżyta, prowadzi do rozwoju psychicznego. W obliczu tego procesu zadowolenie z siebie i z życia może być nieraz przeszkodą w rozwoju, bo  daje człowiekowi „tępy” spokój i usypia jego wrodzony pęd do rozwoju, czyli wspinanie się wzwyż.

O znaczeniu problemów w rozwoju człowieka i o tym, jak „właściwie je przeżywać”, długo przed Dąbrowskim mówili już inni, i to całe wieki temu. Szkoda, że jesteśmy tak oporni przed przyjęciem tej tak ważnej dla spełnionego życia wiedzy. Znajdujemy satysfakcję w oskarżaniu innych za nasze kłopoty i trudności. Nie mamy świadomości, że istnieją inne uczucia, zdecydowanie bardziej dla nas korzystne. Nie mamy świadomości, że „właściwe przeżycie problemu” wznosi nas na wyżej zorganizowane struktury psychiki, czyniąc nas bardziej dojrzałymi, a co za tym idzie bardziej spełnionymi i szczęśliwymi.   

Kilka lat temu zaprzyjaźniłem się z Anią i Romkiem. Małżeństwo to  stało się mi bliskie. Spotykaliśmy się nie tylko z okazji urodzin czy imienin. Inicjowaliśmy spotkania niemalże w każdy weekend, gdy Ania i Romek przyjeżdżali do swojego domu w Steklnie, gdzie mieszkam. Często nie tylko wspólnie bawiliśmy się, ale i długo, głęboko rozmawialiśmy na temat wiary, życia i jego sensu. Otwartość Ani i szczególny, pogodny charakter Romka tworzyły atmosferę, w której czułem się bardzo dobrze i miałem poczucie wyjątkowo pożytecznie spędzonego czasu. Dwa lata temu okazało się, że Ania ma rozległy nowotwór.

Dziś już jej nie ma. Zmarła przed miesiącem – 4 lipca. Dotknęło mnie to w sposób, który mnie samego zaskoczył. Jednak nie o tym chciałem tu napisać. Zachowanie i postawa Romka pokazały mi, jak działa prawdziwa miłość, jaki jest jej efekt. Od wielu lat zgłębiam tajemnice relacji międzyludzkich. Wiele czytałem na temat miłości. Zdobywałem wiedzą na temat jej prawdziwego oblicza, ale pierwszy raz miałem okazję zobaczyć, jak wygląda ona w rzeczywistości.  

Konfrontując znane mi opisy miłości stworzone przez różnych autorów, uznałem, że najbardziej przejrzystym i oddającym jej obraz, jest opis miłości autorstwa św. Pawła:„Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa, nie nadyma się.Nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego…” (I Kor. 13.4-6)                                                                   

I właśnie taką miłość dostrzegłem u Romka.  

Kiedy u Ani zdiagnozowano chorobę nowotworową, przeszła operację, a potem musiała poddać się chemioterapii. Mimo tego, że była wyjątkowo dzielna nawet wtedy, kiedy wypadły jej włosy,  w jej zachowaniu pojawiały się chwile zwątpienia i irytacji. Dobrze to znałem, gdyż 11 lat temu byłem w podobnej sytuacji. Chemia osłabia, wyzwala złe samopoczucie, a nawet bóle. Już na początku choroby Ani usłyszałem od Romka: „ja ją naprawdę bardzo kocham”, co powiedział z pewnym zdziwieniem w głosie. Ta wyjątkowa sytuacja, w jakiej się znalazł, uwydatniła w nim uczucia, które wcześniej prawdopodobnie były poza jego świadomością. Widziałem niesamowitą troskę Romka, oddanie i tolerancję, jaką bez trudu okazywał Ani, gdy choroba zmieniała jej zachowanie. Do tego starał się utrzymać pogodny nastrój, co – jak dało się zauważyć – wpływało na nią pozytywnie. Jak potem mi powiedział, miał świadomość, że Ania umrze, ale starał się zadbać o jej komfort i sprawić, żeby do końca była szczęśliwa. I rzeczywiście, tak jak to obserwowałem z boku, wychodziło to mu bardzo dobrze.

Śmierć Ani bardzo wstrząsnęła Romkiem, ale jego reakcja była różna od reakcji osób, które, podobnie jak on, straciły bliską osobę. Wkrótce po pogrzebie nie widziałem głośnej rozpaczy, ani nie słyszałem pytania „dlaczego?”. W sposób szczególny zdumiała mnie jego odpowiedź na pytanie, które zadałem mu klika dni temu: „Czy czujesz ból po stracie Ani?” Odpowiedział mi, że nie widzi powodów, aby go odczuwać. Jak stwierdził, przeżył z nią wspaniałe lata, za które dziękuje Bogu. Według niego śmierć Ani nie była dla niego krzywdą, bo przecież on ją kochał bezwarunkową miłością, która przede wszystkim daje, nic w zamian nie oczekując. Rozpaczamy po stracie swojej własności, a Romek nie traktował Ani jak kogoś, kto mu się „należy”. Ona była dla niego osobą, która pozwalała mu realizować się w jego miłości. Romek twierdzi, że dziś tylko fizycznie jej nie ma, ale duchowo jest przecież obecna i to mu w zupełności wystarcza. Taka jej obecność dostarcza mu szczególnej radości.    

Przyglądając się Romkowi i rozmawiając z nim, dostrzegam tę jego niezwykłą radość. Chętnie rozmawia o Ani, przywołuje ważne chwile, jakie spędzili razem i nie ma w tym nawet cienia przygnębienia. Miłość jaką obdarzył Anię nie była materialna, przetrwała mimo śmierci. Naturalnym odczuciem w takiej sytuacji jest zatem wdzięczność, nie rozpacz.

Jestem pod ogromnym wrażeniem postawy Romka. W rzeczywistości pokazuje ona efekty, jakie  przynosi prawdziwa miłość. To wyjątkowe doświadczenie, za które dziękuję jemu i Ani.     

W ciągu ostatniej dekady, w postępie wręcz geometrycznym mnożą się poradniki i artykuły na temat uważności (ang. mindfulness). I nie jest to wynik nowego trendu w obszarze rozwoju osobistego. Moim zdaniem to efekt dociekań i poszukiwań tego, co w skuteczny sposób może wpłynąć na opanowanie destrukcyjnych emocji, zwiększenie odporności na stres, jak również stworzenie takiego stanu, w którym możliwe byłoby jak  najpełniejsze wykorzystanie wszystkich zasobów człowieka (wiedzy, doświadczeń, talentów). To właśnie uważność bezpośrednio wpływa  na wszystkie te aspekty, będące efektem pracy ludzkiej psychiki. I co jest tu interesujące, o fundamentach  treningu uważności 2,5 tysiąca lat temu mówił już Budda. Również w tradycji chrześcijańskiej ojcowie pustyni (pierwsi mnisi chrześcijańscy z końca III wieku) zalecali formę modlitwy, której podstawą było dokładnie to, o czym mówi tak mocno promowany dziś trening uważności. Wiele współcześnie prowadzonych badań naukowych potwierdza jego skuteczność w pracy nad doskonaleniem ludzkiej psychiki.  

Czym jest uważność

Aby zrozumieć uważność, trzeba najpierw zrozumieć pracę  mózgu, a dokładniej to, co pojawia się w naszej świadomości, która jest ekranem naszego umysłu. Przypomina on ekran komputera, który zarówno rejestruje wynik jego pracy, jak również pozwala wydawać urządzeniu dyspozycje.  Na ekranie monitora umysłu  „widzimy”  nasze myśli, uczucia i emocje, jakie pojawiają się w reakcji na świat zewnętrzny, na wydarzenia i ludzi nas otaczających. Są tam również informacje z naszych zmysłów. Wystarczy tylko skupić uwagę na słuchu i zaraz na ekranie umysłu pojawiają się dźwięki, chociaż jeszcze przed chwilą w ogóle nie zwracaliśmy na nie uwagi. W ramach eksperymentu możemy również skoncentrować się na zapachach, które dopiero teraz sobie uświadamiamy. Dzięki wspaniałemu narzędziu, jakim jest uwaga, możemy zarządzać treściami naszego monitora umysłu – świadomością.

Bycie uważnym to dostrzeganie na monitorze umysłu procesów myślowych oraz pojawiających się uczuć i emocji oraz informacji płynących z naszych zmysłów, jak również tego co dzieje się z naszym ciałem (napięcie mięśni, ich rozluźnienie).  To również umiejętność zarządzania uwagą, co pozwala kierować ją na obszary bezpieczne z punktu widzenia psychiki człowieka. Najbardziej bezpiecznym obszarem jest wszystko to, co dzieje się tu i teraz. W tym stanie umysł nie rozmyśla o  przeszłości ani o przyszłości, a uwaga kierowana jest na to, co dzieje się w chwili obecnej i to ona jest główną  zawartością monitora umysłu. Osoba uważna bez trudu dostrzega (z pozycji obserwatora) pojawiające się myśli, jak również reakcję ciała, kiedy rozbudzają się emocje. Uważności nie należy mylić z techniką wypierania emocji, czyli usuwania ich z monitora umysłu. Kiedy się pojawiają,  osoba uważna  obserwuje je jak gdyby z galerii. Powoduje to, że emocje nie uaktywniają się. W stanie uważności nie oceniamy otaczającej nas rzeczywistości (w tym innych) ani siebie (nie prowadzimy autokonceptualizacji). A podstawowym założeniem naszej postawy jest bycie tu i teraz oraz uważne obserwowanie.

Przejawy braku uważności

Wszyscy dobrze znamy stan naszego umysłu, kiedy uwaga „przyczepia się” do jakieś myśli przepełnionej emocjami.  W wyniku traumatycznych dla nas wydarzeń, stresu lub stanu zakochania,  nasz monitor umysłu staje się monotematyczny. Pojawiające się wówczas myśli nakręcają emocje, te z kolei wpływają na myślenie i tak pojawia się zjawisko powszechnie określane mianem „nakręcania się”. W takim stanie nie sposób dostrzec wielu aspektów otaczającej nas rzeczywistości (niekiedy ważnych dla naszego funkcjonowania), gdyż emocje całkowicie przejęły naszą uwagę.  

Myślę, że wszystkim znane są stany umysłu, kiedy słuchamy, a jednocześnie w wyniku natłoku myśli, tak naprawdę nie słyszymy tego, co do nas mówią inni.

Są to charakterystyczne przejawy  braku uważności.

 Dlaczego uważność jest najważniejsza dla jakości naszego życia

Największe przeszkody stojące na drodze do życiowej satysfakcji i radości życia to destrukcyjne emocje (przeszkoda ta jest powszechnie znana) oraz…zakłócenia postrzegania (co jest już mniej  uświadamiane przez większość ludzi). Okazuje się (o czym wiedział już Budda), że nie widzimy rzeczywistości takiej, jaka ona jest. Posiadamy filtry percepcji stworzone przez nasze przekonania. Jeżeli kogoś z jakichś powodów ocenię jako mojego wroga, to moja uwaga będzie szukała wszystkiego tego, co by to potwierdzało. A jak nie znajdzie, to mój umysł uzupełni moją ocenę informacjami, które potwierdzą te przekonania, mimo że człowiek ten będzie wobec mnie szczerze życzliwy. Ważniejsze dla mnie jest potwierdzenie przekonań, a nie widzenie dziś tego człowieka takim, jaki on rzeczywiście jest. Moja inteligencja zostanie zaprzęgnięta do poszukiwania kolejnych argumentów potwierdzających moje przekonania („pułapka inteligencji”), co wzmacnia moje poczucie posiadania racji. 

Zjawisko to znane jest od stuleci, a współczesna psychologia w pełni je potwierdza. Mam okazję obserwowania  go niemalże codziennie, kiedy prowadzę terapię par. Wiele osób bardziej zainteresowanych jest potwierdzeniem negatywnego obrazu partnera/partnerki, niż dostrzeżeniem ich takimi, jakimi dziś rzeczywiście są.   

Brak uważności sprawia, że reagujemy na nierzeczywiste obrazy pokazujące nie tylko życiowych partnerów, ale i dzieci, przyjaciół, znajomych, pracowników, podwładnych. Skutkiem braku uważności jest również zakłócone postrzeganie naszych szans i zagrożeń, czego konsekwencją są nieadekwatne do rzeczywistości reakcje.

Uważność skutecznie wycisza mechanizm emocji. Poza tym „oczyszcza” naszą percepcję, sprawiając, że obiektywizuje się postrzegany przez nas obraz świata.  Jest jeszcze jeden niezmiernie ważny efekt bycia uważnym. „Czysty”, nie zakłócony emocjami ekran umysłu, umożliwia pojawienie się na nim myśli płynących z naszej intuicji, nazywanej również  „głosem serca”. To stamtąd pochodzą najlepsze dla nas decyzje i wybory.                                                            

Właśnie z powodu tych zjawisk  uważność jest najważniejsza w procesie budowania wysokiej jakości naszego życia, i to w każdym jego aspekcie.  

Jak trenować uważność

Opis metod treningu uważności nie jest zasadniczym tematem niniejszego artykułu, dlatego ograniczę się tylko do podstawowych informacji.

Bez trudu można dziś odnaleźć ofertę treningów (jeden z bardziej popularnych to 8-tygodniowy trening opracowany przez dr Jona Kabata-Zinna), jak również poradniki z załączonymi płytami CD. Można również trenować uważność samemu, niemalże podczas każdej czynności. Kiedy myjesz zęby niech smak pasty, dotyk szczoteczki Twoich zębów, wypełnia ekran Twojego umysłu. Pijąc kawę wypełnij ekran umysłu tylko zapachem kawy, a każdy jej łyk niech skupi całą Twoją uwagę. Odczuwanie każdego kęsa jedzenia niech będzie dla Ciebie najważniejsze. W ten sposób coraz bardziej jesteś tu i teraz. 

Możesz również skupiać uwagę na oddechu. Usiądź w miejscu, gdzie nikt nie będzie Ci przeszkadzał. Zamknij oczy, niech oddech wypełni Twój monitor umysłu. Kiedy myśli nie będą dawały Ci spokoju, nie walcz z nimi, tylko pozwól im przepłynąć, podobnie jak chmury przepływają po niebie. Powróć do oddechu. Pobądź w takim stanie ok. 20 min.

Kiedy idziesz na spacer albo jedziesz na rowerze lub biegasz, niech Twój monitor umysłu (świadomość) wypełniają głównie czynności, które wykonujesz oraz obrazy, jakie Cię otaczają.

Moje doświadczenia w pełni potwierdzają powszechnie znaną, ale nie zawsze uświadamianą prawdę: tylko praktyka czyni nas mistrzami. W przypadku uważności praktyka jest prosta i możliwa w każdej chwili. Nawet teraz, kiedy czytasz ten tekst.

Trenuj uważność w każdej chwili swojego życia. Naprawdę warto.   

 

„Tańczymy. Ty krok w tył, daję ci przestrzeń.

Potem ty zrobisz mi miejsce.

Obrót, tracimy się z oczu.

Ale wiem, że jesteś ze mną.

Trafiam, nie patrząc na twoje ramię.

Suniemy spleceni.

Słyszę jak ci bije serce.

Choć blisko siebie, nie pomyliliśmy swoich ciał.

Rozdzielamy się, chętnie tańczymy solo, potem wracam w twe ramiona.  Tańczymy.                                                                        

Nie jest to sztywne powtarzanie tych samych kroczków, aż do bólu, z lęku, że zaraz poplączą nam się nogi. Bo zbliżenie rodzi chęć wycofania, a oddalenie każe nam przywrzeć do siebie.

Tańczymy pewnie, bo znamy melodię i podstawowe kroki.

Ale co będzie za chwilę? Jaki krok zrobisz?

Czy podążę za tobą? A może zatrzymam się w pół obrotu…

Czasem mocujemy się ze sobą, próbujemy sił, zmagamy się, w którą stronę ruszyć.

W końcu stawiamy kroki.

Dostosowujemy się. Tańczymy naprawdę.

Porzucamy fantazje o innych tancerzach wirujących w naszych głowach.

Jesteśmy tylko tu i tylko teraz: ja z tobą, ja w tobie, ty we mnie. Intymnie.  Wprawdzie inni może piękniej tańczą, ale wybrałam ciebie, Żaden inny partner nie może cię zastąpić.

Znajduję w tobie miejsce dla siebie, mam w sobie miejsce dla ciebie.

Razem tworzymy przestrzeń, gdzie się spotykamy i jesteśmy sobą.”

                               Dorota Krzemionka („Charaktery” wrzesień 2012)

Od wielu lat męczy mnie myśl, dlaczego w przestrzeni publicznej nie istnieje opis modelu dobrego człowieka. Biblia oraz Katechizm Kościoła Katolickiego mówią o nim, ale z różnych przyczyn  (charakterystyka tych przyczyn wykracza poza ten artykuł) w świadomości społecznej jego opis  praktycznie nie funkcjonuje.  Medycyna dość dokładnie przedstawia model zdrowia, do którego odnoszą się lekarze interpretując wyniki badań. Widzą to, co jest, porównują do tego, co być powinno i wydają diagnozę. Każdy z nas po badaniu krwi otrzymuje informację o tym, czy jej parametry mieszczą się w normie, a jeżeli nie, to dowiaduje się, jak bardzo od niej odstają. Mamy przynajmniej pobieżną wiedzę o modelu zdrowia człowieka (np. temperatura, ciśnienie krwi). Niestety, w przypadku naszych zachowań i postaw, w świadomości społecznej  punkt odniesienia praktycznie nie istnieje.  Jedynie skrajne zachowania reguluje prawo.

Mówiąc o modelu dobrego człowieka mam na myśli taką postawę, która nie tylko przejawia się pozytywnym nastawieniem do innych, ale również skutkuje wysoką jakością życia w każdej dziedzinie. Efektem tego modelu jest m.in. poczucie radości i sensu życia, zdolność do budowania satysfakcjonujących relacji z innymi, ogólne powodzenie w życiu, a także umiejętność pokonywania trudności.

Psychologowie stworzyli  klasyfikację zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania, która opisana jest w  V rozdziale  ICD-10 „Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji  Chorób i Problemów Zdrowotnych”. Rozumiem, że trudno rozpowszechniać zawartą tam wiedzę ale, kiedy czyta się opisy zaburzeń psychicznych, bez trudu dochodzi się do wniosku, że można je zaobserwować nie tylko wokół siebie, ale i na scenie politycznej. Informacja o problemach zdrowotnych, z natury rzeczy, niełatwo adaptuje się w świadomości człowieka. Posiadamy cały zestaw mechanizmów, które chronią naszą świadomość przed taką wiedzą. Zdecydowanie łatwiej jest promować wiedzę o zdrowiu, chociaż w przypadku ludzkiej psychiki bardziej właściwym byłoby mówienie o jej rozwoju. Każdy człowiek posiada niezbędne zasoby do tego, żeby doskonalić swoją postawę tak, aby zmierzała  do modelu dobrego człowieka. O tej drodze od wieków mówią filozofowie oraz religie – w tym religia chrześcijańska.

Zgłębiając od wielu lat wiedzę na temat modelowych cech dobrego człowieka, czytałem  opracowania wielu psychologów, jak również Biblię i Katechizm Kościoła Katolickiego. Moją szczególną uwagę zwrócił opis  amerykańskiego psychologa  Martina E. P. Seligmana, jaki znalazłem w jego książce „Prawdziwe szczęście”.

W poszukiwaniu cech tworzących model dobrego charakteru Seligman wraz  z innymi naukowcami przeczytał m.in. dzieła Arystotelesa i Platona, św. Tomasza z Akwinu i św. Augustyna, Stary Testament i Talmud , Konfucjusza, Buddę, Lao-Cy, Koran i Benjamina Franklina. Jak pisze w swojej książce: „Ku naszemu zdziwieniu stwierdziliśmy, że w prawie każdej z tych tradycji filozoficznych i religijnych, na przestrzeni trzech tysięcy lat i na całej kuli ziemskiej uznawano za cnoty sześć cech:

  • mądrość i wiedzę,
  • odwagę,
  • miłość i człowieczeństwo,
  • sprawiedliwość,
  • wstrzemięźliwość,
  • duchowość i transcendencję.  

Według Seligmana do tych cnót prowadzą różne drogi, nazywane przez niego zaletami.  Ich  rozwój leży w zakresie możliwości każdego człowieka. Każdy z nas może doskonalić przynajmniej część zalet budujących poszczególne cechy.

Zalety „mądrości i wiedzy” to: interesowanie się światem, chęć do nauki, brak uprzedzeń, otwartość, pomysłowość, inteligencja społeczna i personalna, brak uprzedzeń i dystans emocjonalny.

Zalety „odwagi” to: męstwo i dzielność, wytrwałość, pracowitość, sumienność, prawość, szczerość, uczciwość.

Zalety „humanitarności i miłości” to: uprzejmość, dobroć, wielkoduszność, dawanie i przyjmowanie miłości.

Zalety „sprawiedliwości” to: postawa obywatelska, obowiązkowość, praca zespołowa, lojalność, uczciwe i równe traktowanie innych, zdolności przywódcze.

Zalety „wstrzemięźliwości” to: samokontrola, rozwaga, dyskrecja, ostrożność, skromność i pokora.

Zalety „transcendecji i duchowości” to: poczucie piękna i doskonałości, wdzięczność, nadzieja, optymizm, duchowość, poczucie sensu życia, wybaczanie, poczucie humoru, zapał, pasje.

Jak pisze Seligman „Przez transcendencję rozumiem zalety emocjonalne, które pozwalają ci wyjść poza siebie i nawiązać łączność z czymś większym i trwalszym: z innymi ludźmi, przyszłością, ewolucją, Bogiem czy wszechświatem.”Porównałem ten model (cnót i budujących je zalet) z tym, o czym mówi Mihaly Csikszentmihalyi opisujący warunki, jakie powinien spełniać człowiek, kiedy chce doświadczać życia w optymalny sposób. Ten amerykański psycholog przez wiele lat badał zjawisko, które nazwał  stanem „flow”.  W swojej książce „Przepływ” opisał niezbędne cechy, które sprawiają, że człowiek podejmuje optymalne decyzje, robi to, co powinien robić i jest tam, gdzie powinien być.   Mihaly Csikszentmihalyi mówi praktycznie o tym, co w swoim opisie modelowego charakteru zawarł Seligman.

Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka „Uzdrawiająca osobowość”. Był to czas, kiedy walczyłem z moją chorobą nowotworową.  Autor tej książki Howard S. Friedman analizował cechy osób chorych, u których proces leczenia przebiegał wyjątkowo szybko,  w porównaniu z innymi. Opis cech przedstawiony przez Friedmana również pokrywał się z tym, o czym mówi Seligman.

Kiedy czytam psychologów odnoszących się do zdrowia psychicznego czy do dojrzałej osobowości, wszyscy mówią o tym samym.

Wgłębiając się w cechy niezbędne do budowania najlepszych relacji małżeńskich/partnerskich,  najlepszego klimatu w miejscu pracy, najlepszych relacji społecznych czy politycznych, okazuje się, że praktycznie cały czas mówi się o tym samym modelu.

Jak z tego wynika, istnieje model cech niezbędnych do tego, aby być dobrym i spełnionym człowiekiem. Wynika z tego również, że jest  on znany od wieków, a jak twierdzą  uznani psychologowie, cechy te możemy rozwijać. W sposób naturalny pojawia się pytanie, dlaczego nie zakorzeniły się one w świadomości społecznej.  Moim zdaniem jest jedna, podstawowa przyczyna: powszechny brak wiary w możliwość doskonalenia charakteru człowieka. Poszukujemy raczej sposobów na przetrwanie. Koncentrujemy się na zdobywaniu kolejnych gadżetów, które pozwalają nam ograniczyć dyskomfort, jaki wpisany jest w scenariusz życia każdego człowieka. Kierują nami głównie pierwotne mechanizmy, dokładnie te same, które zawiadują życiem zwierząt: ucieczka od bólu i poszukiwanie przyjemności.  Nie wykorzystujemy  możliwości, jakie zostały nam dane przez Boga (albo przez naturę – jak kto woli). Ten brak wiary w  nasze predyspozycje dotyka zarówno tych, którzy odpowiedzialni są za edukację, jak i tych zajmujących się szeroko pojętą publicystyką. Trudno  bowiem mówić i promować coś, w co się nie wierzy.

Nie sposób przecenić efektu, jaki dałby znany powszechnie model pożądanych cech człowieka.

  • W małżeństwie

Jedną z podstawowych przyczyn konfliktów małżeńskich są wzajemne zarzuty o niewłaściwe zachowanie i postawę.  Najczęściej każdy z partnerów ma jakąś wizję, jak powinien zachować się partner/partnerka. Często też daje się usłyszeć: chcesz mnie sobie podporządkować. Model dałby możliwość odniesienia się do tego, co obrazuje dojrzałość obojga partnerów i co w konsekwencji buduje satysfakcjonujące relacje dla obu stron.

  • W pracy

Standardy zachowań i postaw byłyby na tyle czytelne, że nie  występowałyby wątpliwości w ocenie zarówno pracowników, jak i przełożonych.  Z dużą łatwością można byłoby określić cechy, nad którymi powinni popracować poszczególni pracownicy, aby budować najlepszy klimat organizacyjny.

  • W życiu społecznym i politycznym

Dziś politycy oskarżają siebie nawzajem z głębokim przekonaniem, że racja jest po ich stronie. Kiedy z uwagą ich słucham, to większość z nich uważa, że to oni postępują właściwie, a nie strona przeciwna. W ten sposób na scenie politycznej jawi się bardzo szeroka gama zachowań, która w przekonaniu polityków jest jak najbardziej prawidłowa.  Model pożądanych cech charakteru uporządkowałby te zachowania jednoznacznie,  obnażając te konstruktywne i destrukcyjne. Można sobie tylko wyobrazić, jak pozytywny wpływ miałoby to na wybory i jak wówczas wyglądałaby praca sejmu.  

Mam ogromny żal do Kościoła i do psychologów, że są tak mało aktywni w promowaniu  modelu cech – cnót najbardziej pożądanych z punktu widzenia wysokiej jakości życia człowieka. Dzięki odpowiednim akcjom promocyjnym sporo wiemy na temat zdrowego odżywiania.  Mamy świadomość, jak ważna jest aktywność fizyczna, dzięki czemu coraz więcej ludzi aktywnie spędza czas.  Jednocześnie zupełnie nie mamy świadomości, że są takie cechy, które możemy rozwijać i  które służą naszemu życiu czyniąc je spełnionym i przynosząc coraz więcej satysfakcji i radości.

Jak pokazuje doświadczenie, człowiek zaczyna interesować się zmianami w swoim życiu, kiedy odczuwa dyskomfort. Jednak prawdziwa praca nad sobą zaczyna się wtedy, kiedy pojawia się ból psychiczny i cierpienie. Być może jeszcze za mało cierpimy, abyśmy poważnie zainteresowali się rozwojem cnót, o których dziś mówią psychologowie, a filozofowie i Kościół – od wieków .    

Przechadzając się wczoraj po jednym z centrów handlowych usłyszałem fragment rozmowy dwóch młodych kobiet. Jedna z nich powiedziała: „Jesteś za dobra dla ludzi”, na co ta druga stwierdziła: „Nie warto być dobrym dla innych”. I tu przypomniały mi się podobne stwierdzenia, które słyszałem już wcześniej podczas prowadzonych przeze mnie szkoleń.

I tak, z jednej strony słyszymy nawoływania do bycia dobrym dla innych, do traktowania ludzi z życzliwością, a nawet miłością (o czym mówi m.in. Kościół Katolicki), a jednocześnie pojawiają się wnioski takie, jak m.in. te, które właśnie usłyszałem z ust tych młodych kobiet w centrum handlowym.

Czy rzeczywiście istnieje dobro, które naraża człowieka na negatywne konsekwencje?

Odpowiedź na to pytanie wymaga głębszego wglądu w ludzkie potrzeby, a w ich konsekwencji – postawy i zachowania. Jedną z ważnych potrzeb wpływających na nasze zachowanie i postawę jest potrzeba docenienia, uznania, akceptacji, życzliwości ze strony innych. Najczęściej w literaturze przedmiotu określa się ją mianem potrzeby miłości.  Kiedy potrzeba ta jest wysoka,  w sposób zasadniczy determinuje zachowanie i postawę człowieka. Wówczas, najczęściej nie mając tego świadomości, człowiek koncentruje swoją uwagę głównie na zabiegach, które mają doprowadzić go do zaspokojenia tej potrzeby. I tu pojawiają się  charakterystyczne postawy. Jedna z nich przejawia się demonstrowaniem własnych kompetencji, osiągnięć, wyglądu, co w konsekwencji ma wymusić na innych uznanie, prestiż: Trudno mnie nie docenić, skoro jestem tak dobry. Amerykańska psycholog Karen Horney postawę tę nazwała „nastawieniem przeciw ludziom”. W mojej książce „Psychologia jednostki. Odkoduj szyfr do swojego umysłu” nazwałem ją „postawą nad ludźmi”. Uznałem, że określenie to bardziej oddaje charakter zachowania człowieka z tak silnie zawyżoną potrzebą miłości.

 Zupełnie czym innym przejawia się inna postawa, nazwana przez Horney  „nastawieniem do ludzi”. Człowiek taki jest nad wyraz życzliwy, dobry, ugodowy, a wszystko po to, aby zaskarbić sobie sympatię innych. Silnie zawyżona potrzeba miłości może sprawić, że człowiek przyjmuje  postawę przypominającą merdającego ogonem  psa, który  czeka, aż pan go pogłaszcze. I to właśnie ta dobroć narażona jest na wykorzystywanie, a nawet ośmieszanie.

Osoby z „nastawieniem przeciw ludziom” traktują tych z odmienną postawą (chociaż zdeterminowaną tą samą potrzebą) jak swoje ofiary. W konfrontacji z nimi czują się wyjątkowo silni i ważni. Jak pokazuje moje doświadczenie, zjawisko mobbingu występuje w relacjach pomiędzy  osobami, które prezentują  „nastawienie przeciw ludziom” i tymi z „nastawieniem do ludzi”.  Oczywiście mobberami są ci pierwsi.

Dobro zdeterminowane głównie wysoką potrzebą miłości ciągle jest narażone na przykrość, a nawet ból, gdyż jest nadal spora grupa ludzi prezentujących „postawę nad ludźmi” („nastawienie przeciw ludziom”). Jedynie budowanie własnej autonomii, czyli zmniejszanie potrzeby miłości,  może chronić nasze dobro przed destrukcyjną reakcją takich ludzi.  Niezależność psychiczna od innych wyzwala asertywne reakcje, co sprawia, że potrafimy  stawiać granice, jednocześnie zachowując zasadę fair play.

Odpowiadając na pytanie postawione w tytule: „Czy warto być dobrym dla innych?” odpowiem, że absolutnie tak.  Z jednym tylko zastrzeżeniem:  dobro ma  być bezwarunkowe, czyli nie  podyktowane potrzebą zaskarbiania sobie miłości. Wówczas nasze dobro daje wyjątkowo pozytywne rezultaty. Skutecznie wspiera budowanie pozytywnych relacji, a jednocześnie uaktywnia pierwiastek dobra, który jest w każdym z nas. Przekłada się to automatycznie na wzrost jakości naszego życia i to w każdej jego dziedzinie. Naprawdę opłaca się być dobrym. Osobiście sprawdziłem to.    

Rozmowa, jaką ostatnio przeprowadziłem z moim tatą, uwidoczniła mi, iż podział, jaki łatwo dziś zauważyć w polskim społeczeństwie, mocno wybrzmiał również w moich relacjach z rodzicami. Byłem poruszony, kiedy słowa krytyki, jakie wyraziłem na temat niektórych posunięć obecnego rządu, spowodowały, że zostałem przez mojego tatę zakwalifikowany jako zwolennik PO. Przypomniałem sobie moje rozmowy z bliskim znajomym, który na moją krytyczną ocenę aktualnie rządzących zareagował podobnie. Z taką kwalifikacją spotkałem się również w mediach. Okazuje się, że poglądy na temat zachowań polityków mają dziś bardzo prostą kwalifikację. Jeżeli ktoś krytykuje PO, to należy rozumieć, że jest zwolennikiem PiS, natomiast krytykant PiS na pewno ma poglądy prezentowane przez polityków PO.

Nie chcę tu dociekać, kto spowodował tak mocno zawężone kryterium postrzegania sceny politycznej, jednak domniemywam, że były to działania świadome. To, co w sposób szczególny mnie dotyka, to skutki takiego stanu rzeczy. Tak mocno ograniczone rozumienie sceny politycznej i postaw polityków, wyzwala wyjątkowo niedojrzałe postawy wyborców. Jest to sytuacja, która bez wątpienia sprzyja przedstawicielom obu ugrupowań, ale jednocześnie  oddziałuje bardzo niekorzystnie na proces wyboru tych, którzy mają sprawować władzę w naszym kraju.

Kryteria oceny polityków powinny przede wszystkim obejmować dwa obszary: ich postawę oraz  kompetencje merytoryczne. Z tych dwóch  ważniejsza jest postawa, gdyż w przypadku braku kompetencji polityk zawsze może skorzystać z wiedzy specjalistów różnych dziedzin. Myślę, że niepotrzebne są jakieś wielkie debaty czy opracowania naukowe, które miałyby określić podstawowe cechy takiej wzorcowej postawy. Bez wątpienia należą do nich: myślenie w kategoriach dobra wspólnego, wrażliwość społeczna, a co za tym idzie – empatia, otwartość na wiedzę i na synergiczną współpracę. Do tego dodałbym koncentrację na celach i realizowanych zadaniach, a nie na krytyce  oponentów.

To nie szyld, pod którym występuje polityk, a jego postawa powinna podlegać ocenie. Przypisanie samym szyldom naszych sympatii czy antypatii sprawia, że nie dostrzegamy poszczególnych osób sprawujących różne stanowiska państwowe i tego, co robią. Dziś sama nazwa PiS lub PO wyzwala jednoznaczną reakcję. Zachowujemy się jak pies Pawłowa, którego reakcja była uwarunkowana dźwiękiem dzwonka, a my stajemy się uwarunkowani nazwą PiS lub PO.

Kiedy usiłowałem mojemu tacie wytłumaczyć, że nie jestem ani za PO, ani za PiS-em, tylko oceniam polityków przez pryzmat ich postawy, nie potrafił tego zrozumieć. Bez wątpienia, w jakimś stopniu ma na to wpływ jego podeszły wiek, ale kiedy rozmawiam z innymi znajomymi, dużo młodszymi od taty, przekonuję się, że, niestety, oni również mocno przyklejeni są do tego, tak mocno uproszczonego, postrzegania sceny politycznej. 

Nie mam wątpliwości, że politycy nie są zainteresowani tym, aby w świadomości wyborców zaistniała ta modelowa postawa. Większości z nich groziłoby to obnażeniem ich niedoskonałości. Na jaw wyszłyby prawdziwe motywacje skłaniające do działalności politycznej, wśród których dominuje potrzeba posiadanie władzy i prestiżu. Świadomi wyborcy bez trudu dostrzegliby, że bardzo wielu politykom udział w życiu politycznym daje możliwość  odreagowania własnych kompleksów. 

Jedyną nadzieję pokładam w Kościele. Ma on wpisane w swoją doktrynę budowanie postaw wiernych, które w bardzo szerokim zakresie wpisują się w modelową postawę polityka. Aktywność Kościoła w tym zakresie mogłaby skutecznie przyczynić się do wzrostu świadomości znacznej części wyborców. Do tego jednak bezwględnie potrzebna jest neutralność polityczna Kościoła Katolickiego oraz wysoka świadomość tego zagadnienia wśród jego hierarchów , a z tym jest jeszcze dziś problem. Mimo to pozostanę przy nadziei.      

 

Właśnie kupiłem „Poradnik Psychologiczny Polityki”. Zapewne nie zrobiłbym tego, gdyby nie zagadnienie, jakim ta publikacja zajęła się tym razem (to już 21. tom). Na okładce przeczytałem tytuł: „Wszystko o miłości”.

Od wielu lat w mojej pracy obserwuję, jak bardzo negatywne skutki wywołuje brak zrozumienia, czym jest prawdziwa miłość. Ponadto, czytając różne publikacje, często dostrzegam, jak bardzo potrafią one namieszać w głowach ludzi i przeszkodzić w zrozumieniu prawdziwej miłości. Biorąc do ręki ten poradnik liczyłem na to, że tym razem  będzie inaczej. Niestety. Lektura jego artykułów wpisuje się w negatywny nurt prezentacji tego tak ważnego zagadnienia.

W pierwszym artykule pt. „Nasza kochaina” Pawła Walewskiego można przeczytać, że miłość to choroba. Jakiś czas temu powiedziała to również Beata Tyszkiewicz. Autor  stawia pytanie: „Czy z miłości w ogóle da się wyleczyć ?” Ponadto z jego artykułu wynika, że miłość jest tym samym, co stan zakochania, co jest totalnym nieporozumieniem, a wiara w to przynosi niekiedy bardzo negatywne skutki dla związku małżeńskiego/partnerskiego. Na szczęście w artykule „Kwestia kochliwości” autorstwa Magdaleny Kaczmarek czytam: „Zakochanie nie jest jednak równoznaczne z miłością.” W zakresie tych pojęć nieświadomy jeszcze czytelnik może doznać niezłego zamieszania. Jeśli jednak poprzestanie na artykule Pawła Walewskiego, miłość będzie błędnie kojarzył z chorobą albo z przejściowym stanem zakochania.   

Moim celem nie jest szczegółowa analiza treści artykułów zawartych w poradniku Polityki.  Zainspirowany  tą publikacją chcę tylko „wykrzyczeć”(!), jak  negatywne skutki przynosi brak zrozumienia,  czym jest prawdziwa miłość.  Mówię i piszę o tym od wielu lat. Treści podobne do tych opublikowanych w poradniku pogłębiają ten brak zrozumienia, a co za tym idzie – jego negatywne skutki.

Przede wszystkim prawdziwa miłość nie jest chorobą. Problemem może być chorobliwa potrzeba miłości. Mamy z nią do czynienia wszyscy. Gdy niezaspokojona potrzeba przybiera wysoki poziom, wywołuje dyskomfort, a nawet ból psychiczny. To wówczas pojawiają się: zazdrość, złość, a nawet agresja skierowana wobec osoby, która nie zaspokaja tej potrzeby. To brak odróżnienia potrzeby miłości od jej prawdziwego „smaku” sprawia, że miłość kojarzona jest z chorobą. Bo rzeczywiście trudno nazwać dobrym stanem zdrowia myśli obsesyjnie zajęte inną osobą. Przejawem zdrowia na pewno nie jest sytuacja, kiedy „przylepiamy się” do tej osoby oplatając ją sobą jak bluszcz. Ból i cierpienie, kiedy osoba ta nie poświęca nam odpowiedniej ilości czasu albo kieruje swoją uwagę na innych, bez wątpienia są przejawem choroby. I o tym, a nie o miłości pisał Paweł Walewski w „Poradniku Psychologicznym Polityki”.  

Prawdziwa miłość przejawia się bezwarunkowym szacunkiem, życzliwością, zrozumieniem innych. Nie jest to tylko uczucie, ale przede wszystkim postawa wobec innych. Miłość występuje z różną intensywnością, a jej szczególne nasilenie odczuwa partner/partnerka. „Kocham cię” oznacza tu informację, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby wesprzeć Cię w odkrywaniu Twojego potencjału, Twoich możliwości, tak abyś poczuła/poczuł swoją niezaprzeczalną wartość; zawsze możesz na mnie liczyć. Nie tylko tym, którym bliska jest wiara katolicka, polecam opis miłości autorstwa św. Pawła (1 Kor 13.4-8). Mówi on praktycznie wszystko o tym szczególnym uczuciu i postawie.   

Kiedy prawdziwa miłość mylona jest z potrzebą miłości, wówczas destrukcyjne jej przejawy tłumaczone są wyjątkowo silnym stanem zakochania. Matka młodego mężczyzny, który napadł z nożem na swoją byłą dziewczynę, tłumaczy syna słowami, że był bardzo zakochany, a dziewczyna nie odpowiedziała na jego miłość. Mąż, który podniósł rękę na swoją żonę tłumaczy, że nie radzi sobie z wyjątkowo silną miłością do żony. I to są fakty.

Pamiętam, jak po spotkaniu ze studentami, na którym mówiłem o potrzebie miłości, podeszła do mnie dziewczyna z pytaniem: „Co mam zrobić z moim chłopakiem, którego kocham, a którego postawa staje się nie do zniesienia?” Mówiła mi, że on ją śledzi, przegląda jej pocztę e-mailową i czyta smsy, a wszystko to tłumaczy wyjątkowo silną miłością, jaką ją obdarza. Wszelkie rozmowy z nim kończyły się wyrzutami: „Powinnaś docenić to, jak bardzo cię kocham!” 

Retorycznym staje się pytanie o skutki, jakie wywołują publikacje opisujące potrzebę miłości i nazywające ją miłością.   

Kiedy ludzie nie mają świadomości, że prawdziwa miłość to nie stan zakochania, czynią z niego wzorzec miłości. Kiedy już minie uniesienie charakterystyczne dla stanu zakochania i osłabnie silna potrzeba bliskości, wówczas pojawia się myśl: „już jej/go nie kocham ”. Często w mojej praktyce spotykam się z porównywaniem tego, co jest dziś, do tego, co było przed laty – w pierwszym okresie  znajomości. Brak doznań, jakie wcześniej były odczuwane, jest pretekstem do rozpadu związku albo co najmniej do poszukiwania dawnych uczuć gdzieś poza związkiem. Znam przypadki uzależnienia się od tego, co wnosi stan zakochania. Jego efektem są kolejne związki rozpadające się niemalże zaraz po tym, jak zanika stan zakochania. Badacze twierdzą, że trwa on nie dłużej niż dwa lata, a tymczasem osoba nieświadoma tego procesu, cały czas pozostaje pod wrażeniem tego szczególnego stanu umysłu, traktując  go jako przejaw prawdziwej miłości.

Mógłbym tu przytoczyć bardzo wiele historii  związków, które rozpadły się z powodu braku świadomości, czym jest prawdziwa miłość i kierowania się tylko tym, co wnosi stan zakochania. Ich charakterystyczną cechą  są narastające konflikty, złość i wzajemna niechęć, pojawiające się, kiedy zaniknie uniesienie stanu zakochania. Często uczestniczą w tym dzieci, które ze szczególną wrażliwością odbierają wszystko to, co dzieje się pomiędzy rodzicami.  

Trudno zniwelować negatywne skutki braku zrozumienia, czym jest prawdziwa miłość. Ich ograniczenie możliwe będzie przede wszystkim wtedy, kiedy publikacje na temat miłości nie będą myliły jej z potrzebą miłości oraz ze stanem zakochania. Wówczas łatwiej już będzie skutecznie promować wiedzę na temat tego, czym jest prawdziwa miłość oraz jak ją rozwijać. Tym bardziej, że jest ona nie tylko źródłem trwałych i szczęśliwych związków, ale również fundamentem  rozwoju potencjału – dojrzałości każdego człowieka.  

Wiedzę o działaniu psychologicznych mechanizmów obronnych zdobyłem wiele lat temu. Teraz  niemalże codziennie dotykam efektów ich działania nie tylko u moich klientów, ale i u bliskich znajomych, a zdarza się, że również u siebie. Mimo, że je znam, to ciągle mnie zaskakują poprzez wyjątkowo destrukcyjny efekt, jaki niekiedy wywołują w życiu człowieka. Są dla mnie przykładem zjawiska, które powszechnie określa się „wylewaniem dziecka z kąpielą”. Chroniąc  świadomość przed uczuciami i emocjami, które wywołują dyskomfort, ból i cierpienie psychiczne, jednocześnie nie pozwalają korzystać z niezmiernie ważnych informacji, jakie te uczucia i emocje niosą. Praca nad sobą to głównie praca nad emocjami i uczuciami. Brak dostępu do nich to jak brak dostępu do oprogramowania komputera, które chcemy odwirusować lub udoskonalić. 

W swoim założeniu psychologiczne mechanizmy obronne przypominają program antywirusowy w komputerze. Z tym, że ich działanie obronne obejmuje nie tylko to, co pochodzi ze świata zewnętrznego (problemy, konflikty), i co może wywołać dyskomfort psychiczny, ale również ochronę świadomości przed bolesnymi wspomnieniami. W ten sposób w świadomości człowieka zachowany jest względny spokój. Tak najkrócej można opisać ich działanie.

Pierwszym, który dostrzegł ich działanie, był Zygmunt Freud. Potem jego córka Anna opisała najczęściej występujące formy mechanizmów obronnych. Moim zdaniem najczęściej stosujemy: wyparcie, tłumienie i racjonalizację.

Wyparcie można by określić metaforycznie „wrzucaniem problemu pod dywan”. Kiedy pojawia się trudna emocjonalnie sytuacja, ten mechanizm obronny wypiera bolesne wspomnienie w obszary nieświadomości. Występuje on m.in. u osób molestowanych seksualnie w dzieciństwie.

Z kolei tłumienie to mechanizm, który sprawia, że mimo obserwowanych trudnych wydarzeń i sytuacji, człowiek będący pod jego wpływem jak gdyby nie widzi i nie słyszy. Mechanizm obronny pełni tu funkcję filtru percepcji. Miałem okazję obserwowania tego mechanizmu, kiedy leżałem w szpitalu, gdzie brałem chemię. Widziałem chorych, którzy robili wrażenie wycofanych i wręcz nieobecnych.

Stosunkowo łatwo dostrzec mechanizm racjonalizacji. Człowiek stosujący go mocno obstaje przy swoich przekonaniach. Krytykuje, deprecjonuje, a niekiedy obśmiewa wszystko to, co jest z nimi niezgodne. W ten sposób chroni się przed tą niezgodnością, gdyż wywołuje ona w nim dyskomfort. Wykorzystując swoją inteligencję artykułuje kolejne argumenty uzasadniając swój dotychczasowy punkt widzenia. I nie ma tu znaczenia, że  przynosi on negatywne skutki.

Pamiętając siebie sprzed lat, a dziś obserwując moich klientów, dostrzegam, jak trudno jest przełamać psychologiczne mechanizmy obronne. Preferencje doraźnego komfortu psychicznego są wyjątkowo silne. To dlatego hedonizm jako filozofia życia, w której priorytetem jest przyjemność, jest od tylu wieków ciągle atrakcyjny. Unikamy dyskomfortu psychicznego, który, niestety, praktycznie pojawia się zawsze wtedy, kiedy dokonujemy wglądu w siebie, tego niezbędnego procesu na drodze budowania własnej dojrzałości. Najczęściej nie mamy świadomości, że za tym psychicznym bólem jest nasze prawdziwe Ja, jest wolność i radość życia.

Zatem: aby mieć spełnione życie, niezbędna jest praca nad swoimi uczuciami i emocjami. Mimo bólu, jaki to wywołuje. „Przez ciernie do gwiazd” – jak powiedział Seneka Młodszy.

Pytanie to mocno wybrzmiało w mojej głowie z powodu wyjątkowej sytuacji, jaka miała miejsce kilka dni temu, kiedy jechałem z mojej wsi do Szczecina. Na odcinku poza terenem zabudowanym jadący przede mną samochód nagle zaczął hamować. Jechałem dość szybko i, niestety, w stosunkowo niewielkiej odległości od niego. Mimo wciśniętego do końca hamulca wiedziałem, że nie wyhamuję w bezpiecznej odległości. Wykonałem gwałtowny skręt w lewo, aby go ominąć, ale w tym momencie samochód ten również zaczął wykonywać  skręt w lewo, kierując się w boczną drogę. Gwałtownie wykonałem zwrot w prawo, dzięki czemu ominąłem tył tego samochodu o przysłowiową grubość lakieru.

Opisałem to wydarzenie  w szczegółach, chociaż w chwili, kiedy wykonywałem te manewry, zupełnie nie miałem świadomości tego, co robiłem. Świadomość powróciła, kiedy już w niekolizyjnej odległości omijałem tył tego samochodu. Okazało się, że w chwili, kiedy były potrzebne manewry chroniące moje zdrowie, a może nawet życie, kontrolę nad moim zachowaniem przejęły nieświadome mechanizmy. One precyzyjnie kierowały moim ciałem, a dokładnie moimi rękoma trzymającymi kierownicę. Kiedy powróciła moja świadomość, oczami wyobraźni zobaczyłem możliwe skutki tego wydarzenia. Trudno mi było opanować przerażenie i drżenie rąk.

Myślę, że prawie każdy przeżył efekt wyłączenia świadomości w chwili zagrożenia albo przynajmniej słyszał o takim zjawisku. Dziś, dzięki zaawansowanym technikom badania ludzkiego mózgu, wiadomym jest, jak działają mechanizmy wywołujące nasze reakcje. Świadomość, czyli to, co pojawia się na ekranie naszego umysłu, informowana jest na końcu o naszej reakcji na zagrożenia. Jak to opisują psychologowie ewolucyjni, dawniej najpierw uciekaliśmy przed dzikimi bestiami, a dopiero potem uświadamialiśmy sobie, że uciekamy. Wykonałem manewr „obronny” przed zderzeniem z innym samochodem , a potem dopiero uświadomiłem sobie całą sytuację.

Jak pokazuje doświadczenie, nieświadoma reakcja pojawia się również w relacjach międzyludzkich, w sytuacjach konfliktowych. Wielokrotnie od moich klientów słyszę historie o tym, jak on lub ona zareagowali na siebie w sposób tak emocjonalny, że ich samych to zaskoczyło. Potem pojawiały się przeprosiny oraz niedowierzanie: jak mogłem/mogłam to powiedzieć

Może dla wielu będzie to trudne do zaakceptowania, ale prowadzone współcześnie badania pokazują, że świadomość pełni jedynie rolę rejestratora naszych reakcji – nie tylko w sytuacjach zagrożeń zdrowia lub życia, czy w sytuacjach konfliktowych. Daniel Kahneman otrzymał nagrodę Nobla za wykazanie, że również nasze codzienne postawy i zachowania podyktowane są przez mechanizmy znajdujące się poza naszą świadomością.  Według Kahnemana przekonanie, że świadomie, poprzez racjonalne myślenie, kierujemy naszym życiem, jest błędne.  Świadomość nazwał „systemem 2”, a mechanizmy nieświadome – „systemem 1”. W swojej książce „Pułapki myślenia” wykazuje  podległość „systemu 2” „systemowi 1”, czyli podległość świadomości nieświadomości.

Mamy do wyboru: albo uwierzyć współczesnej nauce i Kahnemanowi, albo nadal żyć w iluzji, że to my świadomie kierujemy naszym życiem. Myślę, że ci, którzy są przynajmniej w miarę zadowoleni ze swojego życia, nie mają motywacji, aby rozpoznać, a potem modyfikować swój „system 1”. Motywacja  pojawia się, kiedy brakuje satysfakcji, radości i sensu życia, a psychologiczne mechanizmy obronne nie są już w stanie utrzymać w świadomości przekonania, że wszystko jest OK. 

„System 1” (nasza podświadomość) dokładnie „wie” nie tylko, co mamy zrobić, aby ochronić nasze życie w sytuacjach zagrożeń, ale również ma wiedzę o tym, jak żyć, aby być szczęśliwym. Mówią o tym teksty duchowe, mówi o tym również doktryna Kościoła Katolickiego. Niestety, „system 1”, poza dyspozycjami prowadzącymi człowieka do szczęścia, zawiera również takie, które prowadzą do destrukcji. To dlatego tak ważny jest proces budowania samoświadomości, czyli zgłębiania wiedzy o sobie samym.

Potwierdzają to nie tylko moje osobiste doświadczenia, ale i współczesna nauka: tylko praca nad „systemem 1” daje poczucie życiowego spełnienia. Tylko proces budowania świadomości samego siebie, rozpoznawanie negatywnej części „systemu 1”, daje w konsekwencji możliwość smakowania prawdziwego szczęścia. Mówił już o tym Sokrates oraz wielu innych filozofów i myślicieli.


Scroll to Top