Moje artykuły

Pytanie to postawił dziennikarz w jednym z programów telewizyjnych, kierując je do księdza zajmującego się problemami związków oraz do znanego psychologa. Ponieważ jest to jeden z ważnych tematów leżących w centrum moich zainteresowań, z uwagą wysłuchałem tej rozmowy.

Jak usłyszałem, dane statystyczne wykazują, iż Polska znajduje się we wzrostowym trendzie liczby rozwodów zbliżając się do średniej europejskiej, która wynosi ok. 50%. Dane te nie obejmują rozpadu związków partnerskich, które żyły bez formalnego ślubu.  Przyczyny tego stanu rzeczy uczestnicy  programu upatrywali głównie w braku odpowiedniej komunikacji w związkach oraz w czynnikach kulturowych i cywilizacyjnych, gdzie odnotowuje się dążenie do komfortu. Przywoływane przez psychologa badania wykazały, iż częściej dochodzi do rozwodów z związkach, gdzie pierwsza urodziła się dziewczynka, jak również w związkach, gdzie mężczyzna ważył powyżej 90 kg.

Słuchałem tego wszystkiego, a kolejne minuty programy wyzwalały we mnie coraz większe uczucie rozczarowania połączone z dozą irytacji.

Dlaczego cały czas, nawet specjaliści od relacji małżeńskich/partnerskich poruszają się w swoich dociekaniach jedynie w sferze zewnętrznej? Nie deprecjonuję wpływu czynników kulturowych czy cywilizacyjnych, ale czy to one leżą na poziomie pierwotnych przyczyn rozpadu związków? Trudno mi  komentować informacje, które sugerują, iż to pierwsze dziecko, kiedy jest nim córeczka lub ponad 90 kg wagi ciała męża/partnera – to czynniki wywołujące destrukcję związku. Robiąc badania obejmujące również inne czynniki można by dojść do wniosku, że na przykład kolor oczu albo kształt czaszki to również czynniki mające wpływ na trwałość związku.

Erich Fromm twierdził, iż analiza zjawisk, jakie występują w relacjach międzyludzkich, musi opierać się przede wszystkim na analizie zachowań jednostki, gdyż przede wszystkim ona jest głównym źródłem tego, co pojawia się w relacjach. Podobnie na ten temat wypowiada się wielu uznanych psychologów i socjologów. Osobiście w pełni zgadzam się z tym stanowiskiem. Uznaję, iż trudno zrozumieć problemy relacyjne, a co za tym idzie – trudno o skuteczną profilaktykę, jeżeli nie dotyka się pierwotnych źródeł konfliktów. A one tkwią w samych partnerach.

Problemy komunikacyjne pomiędzy partnerami, które zostały mocno zaakcentowane w programie, bez wątpienia są jedną z ważnych przyczyn konfliktów, ale musimy pamiętać, że poza tym, iż są one przyczyną, są również skutkiem. W łańcuchu przyczynowo-skutkowym przed komunikacją są predyspozycje partnerów do jej prowadzenia, ich oczekiwania, czy chociażby niepokoje wynikające z braku poczucia bezpieczeństwa. Inaczej będzie komunikowała się osoba o ugruntowanym poczuciu bezpieczeństwa, z głębokim przekonaniem o własnej wartości i autonomii psychicznej, a inaczej osoba, dla której związek jest  głównym źródłem spokoju, szczęścia i radości życia. W  przypadku tej drugiej komunikacja będzie sprowadzała się do artykułowania oczekiwań oraz do ocen, na ile te oczekiwania są spełnione. To sytuacja wyjątkowo sprzyjająca konfliktom. Obserwując takie związki mam niekiedy poczucie, iż partnerzy chodzą po polu minowym. Niespełnienie oczekiwań wywołuje klasyczną reakcję „walki” lub „ucieczki”, złości, a nawet agresji lub wycofywanie się z relacji. Jakże inaczej wygląda komunikacja, kiedy partnerzy są wewnętrzne spójni, z ugruntowanym poczuciem własnej wartości, wiary w swój potencjał i jego możliwości. Wówczas to empatia staje się jej dominującym czynnikiem.

Wiele par, które przychodzą do mnie z prośbą o wsparcie w odbudowaniu relacji,postrzega je jako byt niezależny od nich. Widzą swoje relacje jako trzeci czynnik relacji (dwa pierwsze stanowią oni sami), który jest jakby pomiędzy nimi. Kiedy tylko zaczynam uświadamiać im, że ten „czynnik” jest ich własnym produktem, wówczas następuje proces wzajemnego obwiniania. Są również pary, które przychodzą z całą listą wzajemnych oskarżeń i wówczas następuje proces ważenia: po której stronie umiejscowiona jest większa wina.      

Moim zdaniem mamy dziś wystarczająco bogatą wiedzę na temat „działania” człowieka, która pozwala na analizę przyczyn rozpadu związków na poziomie rzeczywistych przyczyn. Dzięki temu możliwe stają się działania przynajmniej hamujące ten niekorzystny trend rozpadu związków. Wiadomym jest dziś, jak działają w człowieku destrukcyjne emocje, jak wpływają na jego zachowanie. Dobrze rozpoznane są psychologiczne mechanizmy obronne, które w przypadku wewnętrznych problemów (niepokoje, kompleksy) kierują uwagę człowieka na zewnątrz, aby tam właśnie poszukiwać przyczyny psychicznego dyskomfortu. Wystarczająco dobrze zdiagnozowane jest działanie inteligencji, która w takich przypadkach potrafi wyprodukować całą masę argumentów potwierdzających zewnętrzne podłoże tych trudności (zjawisko „pułapki inteligencji”). Współczesna psychologia w pełni potwierdza to, o czym wiadomo jest od wieków, że nasze postrzeganie rzeczywistości może być poważnie zakłócone, co z kolei wpływa na nasze decyzje i wybory. Dobrze znany jest naturalny proces przemian, jaki zachodzi w człowieku. Przejawia się to kryzysami mającymi charakter rozwojowy, a nie będącymi wyrazem problemu relacji małżeńskich.

Dlaczego mimo tak bogatej wiedzy wciąż kierujemy uwagę w miejsca często bardzo odległe od pierwotnych przyczyn rozpadu związków?

Poza bogatą wiedzą o mechanizmach kierujących zachowaniem i postawą człowieka, posiadamy również wiedzę o tym, jak zapanować nad tymi mechanizmami, które destrukcyjnie wpływają na relacje. Wiemy, jak „obsługiwać siebie”, aby uaktywnić to, co w nas najlepsze – najlepszą wersję nas samych. Mówi o tym praktycznie jednym głosem współczesna psychologia, jak również dominująca w naszej kulturze religia katolicka. Można się o tym przekonać studiując chociażby tylko podstawy zjawisk psychologicznych czy Biblię i Katechizm Kościoła Katolickiego.  

Czyli mamy nie tylko wiedzę o „działaniu” człowieka, ale również tę, która mówi o tym, jak możemy doskonalić nasze relacje, które są dopiero na końcu łańcucha przyczynowo-skutkowego. Na jego początku znajduje się to, co jest w nas samych. To dlatego jakość naszych relacji jest wyrazem poziomu umiejętności „obsługi siebie samego”.   

Trudno mi jest pogodzić się z tym, iż w  komentarzach dotyczących problemów związków, dominują głównie opisy powierzchownych przyczyn – tych zewnętrznych. Trudno mi jest zaakceptować fakt, iż  posiadając dziś ogromną wiedzę i doświadczenia, jakie przez wieki zdobywała ludzkość na temat mechanizmów kierujących zachowaniem i postawą człowieka, w procesie edukacji brakuje skutecznych programów rozwijających umiejętność „obsługi samego siebie”.

Jeżeli komentujemy rzeczywistość, to tylko tę, którą widzimy, którą obejmuje nasza świadomość. To właśnie, moim zdaniem, tłumaczy, dlaczego komentatorzy „widzą” przyczyny rozpadu związków tylko w ograniczonym zakresie. Ich świadomość nie obejmuje pełnego obrazu mechanizmów kierujących relacjami małżeńskimi.  

Mam nadzieję, iż dożyję czasów, kiedy mówiąc o  budowaniu trwałych i szczęśliwych relacji, w pierwszej kolejności będzie się mówiło o osobistych predyspozycjach – umiejętnościach budowania  związku, a w programach edukacyjnych znajdą się w szerszym zakresie zagadnienia obejmujące rozwijanie umiejętności „obsługi samego siebie”.

 

Każdego roku, w Walentynki, nachodzą mnie refleksje dotyczące miłości.

Odkąd zawodowo zajmuję się relacjami partnerskimi, dostrzegam, jak wiele nieporozumień i konfliktów, często skutkujących rozpadem związków, ma swoje źródło w  niejednoznacznym pojmowaniu miłości. Co prawda mówi się, że miłość niejedno ma imię, ale sama w sobie jest jedna i jednoznaczna.  Trudne, a często niemożliwe, jest budowanie relacji  partnerskich, kiedy jedna ze stron rozumie miłość przede wszystkim jako zainteresowanie jej osobą, spełnianie jej oczekiwań, budowanie jej szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. Trudność znacznie się pogłębia, a wręcz uniemożliwia budowanie związku, kiedy obie strony relacji żyją z  przekonaniem, że właśnie tym przejawia się miłość. Postrzegam taką parę jak dwoje głodnych ludzi, którzy oczekują od siebie nawzajem, iż druga strona zaspokoi ich głód. Wówczas słowo „kocham cię” jest zakamuflowanym pytaniem: „czy obdarzasz mnie właśnie taką miłością?”, „czy zaspokoisz mój głód miłości?”

Niemożliwie jest również budowanie związku w oparciu o przemijający stan zakochania, gdyż ma on swój ograniczony czas trwania. Według naukowców to około dwóch lat. Naturalny zanik symptomów stanu zakochania interpretowany jest jako utrata fundamentów relacji partnerskich/małżeńskich, co najczęściej wyzwala u partnerów wzajemne uwagi i pretensje, a kiedy dalej poddają się temu stanowi, zazwyczaj kończy się to decyzją o zerwaniu relacji. Przyjmowanie jako wzorca miłości stanu zakochania to jedna z podstawowych przyczyn rozpadu związków.

Uznaję za bardzo poważny błąd  brak w procesie edukacji czytelnego, jednoznacznego określenia, czym jest miłość. Mam ogromny żal do Kościoła, który mając obecnie do dyspozycji lekcje religii i dysponując możliwością edukacji podczas nauk przedmałżeńskich, nie promuje wiedzy o prawdziwej miłości, którą tak pięknie opisuje św. Paweł w liście do Koryntian (1Kor 13,1−13).  Nie potrafię zrozumieć psychologów, którzy mogąc korzystać z licznych badań i ogromnej wiedzy o relacjach partnerskich, nie włączają się bardziej aktywnie w promowanie fundamentów trwałych i szczęśliwych związków. 

Uważam, iż w szkole, podczas studiów, na lekcjach religii, podczas nauk przedmałżeńskich, w prasie, radiu i telewizji, jak mantra powinien wybrzmiewać przekaz:

  1. Miłość to nie uczucie, a  szczególna postawa!
  2. Każdy  człowiek w swoim głębokich warstwach psychiki posiada źródło wyzwalające tę szczególną postawę,
  3. Kryzysy ( te zewnętrzne i wewnętrzne) to wezwanie do działań skierowanych na uaktywnianie miłości.

Według psychologów wyposażeni jesteśmy w wewnętrzny dynamizm ukierunkowujący naszą uwagę na miłość, a kryzys jest sygnałem wzywającym nas do pracy nad sobą.

  1. Uaktywnianie miłości skutkuje zmianą jakości przeżywanych uczuć i emocji oraz większą skutecznością życiową.

Uaktywnianie miłości wyzwala coraz dłuższą obecność takich uczuć jak spokój niezależny od niczego i nikogo (podobny do tego jaki można obserwować u mistrzów wschodnich sztuk walki) poczucie bezpieczeństwa, wiara w siebie, radość życia. Ponadto pojawia się coraz większa życiowa skuteczność w zakresie decyzji i wyborów, a relacje partnerskie (zakładając, że obie strony rozwijają swoją miłość) przynoszą coraz więcej satysfakcji, przyjmując formę „płomiennej przyjaźni”. Psychologowie większą aktywność miłości kojarzą z większą dojrzałością człowieka.

  1. Warunkiem niezbędnym do uaktywniania miłości jest rozwijanie samoświadomości poprzez skierowanie uwagi  na siebie i autorefleksję .

Samoświadomość to inaczej rzucanie światła uwagi na siebie, na swoje uczucia, emocje, zachowanie i postawę. Toobserwowanie ich, ale bez oceny – podobnie jak badacz, który obserwuje przede wszystkim po to, aby zrozumieć. To również świadomość swojego ciała i praca nad eliminowaniem jego napięć.

Zupełnie inny przekaz płynie ze słów „kocham cię”, kiedy są one wyrazem prawdziwej miłości, a nie oczekiwań. Wówczas mają one charakter informacji: „jesteś dla mnie ważna/ważny, bardzo bliska/bliski, zrobię wszystko, aby uaktywniać twoją miłość, deklaruję ci moje bezwarunkowe wsparcie, gdy tylko będziesz go potrzebować”.  Tylko takie „kocham cię” skutecznie wspiera budowanie szczęśliwego i trwałego związku.

Pod pojęciem trudnych relacji rozumiem takie, w których dominuje niechęć, złość, pretensje, żale – występujące z różnym nasileniem. Ich konsekwencją są trudności w komunikacji, a co za tym idzie – trudności we współpracy.

Trudne relacje występują zarówno w sferze życia osobistego, jak i zawodowego. Kiedy trwają długo,
a poziom negatywnych emocji w tych relacjach  jest wysoki, często dochodzi do rozpadu związków partnerskich/małżeństw, a w miejscu pracy do rozpadu zespołów, zwolnień lub odejść pracowników. Konsekwencje takich sytuacji mogą być bardzo poważne. Przede wszystkim obejmują sferę emocji, a co za tym idzie, również zdrowia osób uczestniczących w trudnych relacjach. Ponadto relacje takie mogą wywołać poważne konsekwencje finansowe, szczególnie jeżeli pojawią się w sferze działalności gospodarczej.

Jedynym sposobem na zapobieżenie temu destrukcyjnemu zjawisku jest doskonalenie kompetencji relacyjnych oraz nadanie im priorytetowego znaczenia na liście wszystkich innych kompetencji. Ich rozwój powinien rozpoczynać się od zrozumienia mechaniki powstawania trudnych relacji.

Mechanika powstawania trudnych relacji

Najczęściej, kiedy pojawiają się trudne relacje, nasza uwaga kierowana jest na tych, z którymi nie możemy stworzyć dobrych relacji. To głównie inni stają się odpowiedzialni za pojawiające się trudności. Jako terapeuta relacji partnerskich ze zjawiskiem tym spotykam się na co dzień. Współpracując z firmami również dostrzegam to zjawisko.

Jak wyjaśnia psychologia, kierowanie uwagi na innych w przypadku trudnych relacji wynika z pierwotnego mechanizmu, który w przypadku zagrożenia (trudne relacje traktowane są przez ten mechanizm jako zagrożenie) kierują naszą uwagę na zewnątrz w celu zidentyfikowania go i  uruchomienia  reakcji obronnych. Reakcje te mają charakter walki (złość, agresja) lub ucieczki (wycofanie się z relacji). Ten ewolucyjny automat sprawia, że kierujemy naszą uwagę na zewnątrz.
W ten sposób  nie dostrzegamy  naszego współudziału w tworzeniu relacji. Dokładnie ten sam mechanizm uruchamia się u tych, z którymi jesteśmy w relacjach.

Kiedy żyliśmy jeszcze w jaskiniach,  ten działający poza naszą świadomością mechanizm pozwalał uniknąć zagrożenia ze strony dzikich bestii. Pełnił niezmiernie ważną rolę w zapewnieniu nam bezpieczeństwa fizycznego. Dziś, mimo tak poważnych zmian warunków naszego życia, mechanizm ten nadal działa, z tym, że współcześnie niebezpieczeństwo postrzega głównie w relacjach z innymi ludźmi. Psychologowie ewolucyjni z ubolewaniem twierdzą, że niezmienność działania tego mechanizmu to feler ewolucji. Dawniej zagrożeniem dla człowieka była dzika bestia, dziś jest to krytyka ze strony innych, a nawet tylko brak uznania czy szacunku z ich strony.

Są osoby, u których wrażliwość tego mechanizmu jest wyjątkowo duża (opis przyczyn tego stanu rzeczy wykracza poza ten artykuł). Efektem tej zawyżonej wrażliwości jest nieadekwatność reakcji na relacje z innymi. W praktyce wygląda to tak, że nawet brak uwagi skierowanej na taką osobę, wywołuje w niej negatywne reakcje. W jej rozumieniu  to przejawy ignorancji.

Problem staje się jeszcze większy, kiedy w przekonaniu tego mechanizmu  trzeba nieustannie uważać na relacje z innymi, gdyż na pewno kryje się za nimi jakieś zagrożenie (brak akceptacji, intryga, chęć wykorzystania innych). Człowiek z tak oprogramowanym mechanizmem może nawet prowokować konflikty, aby potwierdzić zgodność  rzeczywistości ze swoimi przekonaniami. Swoim zachowaniem i postawą nieświadomie będzie tak budował relacje, aby uzasadnić swoje przekonanie: te relacje są dla mnie groźne.     

Co stanowi fundament kompetencji relacyjnych?

Bez opanowania opisanego wyżej mechanizmu niemożliwe jest budowanie kompetencji relacyjnych. Od wieków  mówią o tym mędrcy,  a dziś powtarzają to psychologowie. Kompetencje relacyjne wprost wynikają z umiejętności opanowania reakcji tego pierwotnego mechanizmu.

Są ludzie, którzy nie rozwijają swoich umiejętności współżycia z innymi, tylko szukają takich relacji, które w rozumieniu ich mechanizmu nie stanowią dla nich zagrożenia. Zmieniają partnerów życiowych, często po długotrwałych konfliktach zmieniają miejsce pracy. W przypadku, kiedy osoby takie zajmują wysokie stanowiska lub są właścicielami firm, brak umiejętności opanowania tego pierwotnego mechanizmu przejawia się reakcją, która głównie ma charakter walki. Wówczas zachowanie takich osób może nawet przybrać formę mobbingu.

Chciałbym tu mocno podkreślić, iż rozwój kompetencji relacyjnych nie służy głównie temu, aby innym było dobrze  z nami. Opanowanie pierwotnego mechanizmu obronnego służy przede wszystkim nam, abyśmy lepiej radzili sobie ze sobą i z innymi. Kiedy w wyniku rozwoju naszych kompetencji pozbędziemy się poczucia zagrożenia, którym kieruje się  nasz pierwotny mechanizm obronny, nasza wiedza, doświadczenie oraz intelekt zaczynają służyć doskonaleniu naszego życia, a nie obronie przed nierzeczywistym zagrożeniem ze strony innych. Zamiast walczyć zaczynamy budować i tworzyć. Z kolei kiedy pojawi się realne zagrożenie, nasze reakcje przybierają formę  przypominającą zachowanie  mistrza wschodnich sztuk walki w odpowiedzi na zagrożenia. Nie ma w nich negatywnych emocji, tylko precyzyjne działania obronne.

Jak rozwijać  kompetencje relacyjne?

Budowanie kompetencji relacyjnych to przede wszystkim opanowanie pierwotnego mechanizmu obronnego. I nie chodzi tu o to, aby z nim walczyć. Opanowanie polega głównie na obserwowaniu go i uświadomieniu sobie  jak on w nas działa, jak bardzo jest aktywny. Obnażenia tego mechanizmu to niezbędne i podstawowe działanie podejmowane w ramach  budowania wysokich kompetencji relacyjnych. Obserwujemy bez oceniania (każda ocena zatrzymuje proces poznawania). Mechanizm oświetlony naszym światłem uwagi słabnie. To jeden z fenomenów działania naszej psychiki.

Przede wszystkim obserwujemy:

– jak bardzo jesteśmy wrażliwi na krytykę (dziś krytyka ze strony innych jest jak  dawny atak dzikiej bestii),

– jak bardzo nie ufamy innym (jak bardzo jesteśmy podejrzliwi),

– jak bardzo preferujemy własne racje,

– jak silna jest w nas potrzeba dominacji, władzy,

– jak bardzo doszukujemy  się złych intencji innych.

Należy pamiętać, że mechanizm ten potrafi się kamuflować, dlatego ważne jest obserwowanie siebie w różnych sytuacjach.

Proces naszych zmian (doskonalenie kompetencji relacyjnych) będzie skuteczny, kiedy poza obnażaniem  pierwotnego mechanizmu obronnego,  będziemy jednocześnie rozwijali  świadomość, czym przejawiają się wysokie kompetencje relacyjne. Podobnie jak GPS potrzebuje informacji o tym, gdzie jesteśmy i jaki jest cel naszej podróży, również i proces rozwoju naszych kompetencji relacyjnych wymaga świadomości, gdzie jesteśmy (obserwowanie pierwotnego mechanizmu obronnego) i dokąd zmierzamy (model wysokich kompetencji relacyjnych).  

Charakterystyczne przejawy wysokich kompetencji relacyjnych:

– otwartość na zrozumienie innych, na ich wiedzę (potrzeba promowania własnych racji zostaje zastąpiona potrzebą zrozumienia stanowiska innych),

– życzliwość i szacunek do innych, bez względu na ich status materialny, wykształcenie, zajmowane stanowisko,

– przyznawanie się do popełnionych błędów,

– empatyczne reagowanie na problemy innych,

– pokora,

– asertywne reagowanie na złość, agresję i krytykanctwo ze strony innych.

Trudne relacje mogą być problemem albo szansą. Mogą stanowić przeszkodę w znajdowaniu porozumienia, budowaniu satysfakcjonujących relacji  i współpracy z innymi albo… mogą być ważnym sygnałem wzywającym nas do doskonalenia osobistych kompetencji relacyjnych, i to nie dla dobra innych, a dla naszej życiowej skuteczności i satysfakcji.  Wybór należy do nas.

Co jest potrzebne, aby doskonalić jakość naszego życia? Co jest potrzebne, aby życie wypełniało poczucie szczęścia, satysfakcji, spełnienia i powodzenia? 

Dla niektórych pytania te mogą być już wręcz banalne. Ludzie zadają je sobie od wieków. Uznaję, że „tkwienie” w takich pytaniach przynosi bardzo pozytywne efekty.   Zgłębiając temat ludzkiej psychiki od wielu lat, i ja sobie je zadaję.

Efektem tych pytań oraz zdobytej wiedzy i doświadczeń (w tym osobistych), jawi mi się dzisiaj niezbędny warunek skutecznego procesu osobistego rozwoju. Jak widzę, jego spełnienie wprowadza nas na drogę przemian, których efektem jest m.in. coraz większa satysfakcja, poczucie spełnienia i takie nie krzyczące szczęście oraz radość życia. Jednocześnie ulegają pozytywnej przemianie warunki i otoczenie, w którym żyjemy. Co prawda zmiany te nie zawsze są jakieś spektakularne, ale na pewno zauważalne. Mogą one obejmować zarówno nasze warunki materialne, jak również zauważalne zmiany postaw innych ludzi wobec nas.

 Tym fundamentalnym warunkiem osobistego rozwoju jest świadomość i akceptacja faktu, że nasze życie, we wszystkich jego aspektach, jest nieustanną zmianą. I nie chodzi tu tylko o zmiany zewnętrzne, ale również, a może przede wszystkim, o te wewnętrzne.

Naturalnym procesom zmian podlega nie tylko nasze ciało, co łatwo zaobserwować, ale i nasza psychika/duch. O tym, że jest to fakt, mówi psychologia, filozofia, a także religia. Wewnętrzna zmiana wymuszana jest przez dynamizm w jaki jesteśmy wyposażeni, który działa poza naszą świadomością. Wymusza on naturalny proces wzrostu naszej wewnętrznej dojrzałości. Ten sam dynamizm, który obserwujemy w otaczającej nas naturze. Kierunek zmian naszej psychiki, naszego ducha, zaprogramowany jest na rozwijanie – uaktywnianie najlepszej wersji nas samych. Efektem tego procesu jest optymalizacja naszych doświadczeń, wzrost poczucia satysfakcji, spełnienia i  radości życia.

Niestety, mamy w sobie również przeszkody, które hamują, a niekiedy zatrzymują, procesy wyzwalane przez nasz wewnętrzny  dynamizm. Przeszkody te (często przez nas nieuświadamiane) to nasze lęki i kompleksy, które, metaforycznie rzecz ujmując, są jak łańcuchy trzymające nas w strukturach psychiki utrwalonych przez doświadczenia, a wcześniej  przejętych od rodziców i środowiska w jakim się wychowywaliśmy. Najczęściej są one tak przed nami ukryte, że nie sposób je dostrzec na poziomie naszej świadomości.  To nieświadomość jest środowiskiem, które daje im siłę wpływu na nasze życie.  

Jak odkrywać hamulce stojące na przeszkodzie naszego osobistego rozwoju?

Okazuje się, że te ukryte przed nami hamulce obnażają się wówczas, gdy przeżywamy problemy, niepowodzenia i konflikty. To w tych szczególnych  sytuacjach najłatwiej je dostrzec. Fenomenem ludzkiej psychiki jest to, że już samo obnażenie hamulców sprawia, że ich wpływ na nasz naturalny proces wzrostu słabnie, a z czasem nawet zanika. Bardzo ważne jest tu, aby w sytuacjach trudnych, wbrew wpisanym w naszą psychikę inklinacjom poszukiwania przyczyn tego stanu rzeczy na zewnątrz, kierować uwagę na siebie, na swoje emocje, uczucia i myśli. Tylko wtedy możemy dostrzec na przykład naszą nadwrażliwość na zachowanie innych. Tylko wtedy możemy zauważyć, że konflikt, jaki powstał pomiędzy nami i innymi to efekt niezaspokojenia naszej wyjątkowo wysokiej potrzeby uznania i docenienia. Wtedy też możemy zauważyć, że wyjątkowo mocno porównujemy się do innych, czego efektem jest np. zazdrość, kiedy okaże się, że wynik porównania jest dla nas niekorzystny. Samoobserwacja może pokazać nam, że przyczyna braku satysfakcji z naszego związku tkwi nie w naszym partnerze/partnerce, tylko że jest efektem naszego  głodu miłości – naszej mocno zawyżonej potrzeby bliskości. Moje doświadczenia pokazują, że jest to wyjątkowo silny hamulec na drodze naszego naturalnego procesu wzrostu-rozwoju.  

Opracowałem dla moich klientów opis kilku charakterystycznych przejawów naszych hamulców, co znacznie ułatwia samoobserwację i identyfikację tego, co stoi na przeszkodzie naszemu wewnętrznemu dynamizmowi. 

Poniżej przedstawiam kilka wybranych wypowiedzi, które były dla mnie inspiracją dla  zrozumienia procesu osobistego rozwoju.

 „Czym jest rozwój?….Rozwijać się to znaczy przekraczać obecny stan psychiczny, przechodzić od niżej zorganizowanych struktur psychicznych do wyżej zorganizowanych….Z pierwszym etapem rozwoju związane jest naruszenie równowagi psychicznej, czemu towarzyszą negatywne przeżycia, takie jak lęk, utrata poczucia bezpieczeństwa, przykrość itp. Drugi etap charakteryzuje się powrotem do równowagi psychicznej już na wyższym poziomie, a towarzyszą temu przeżycia pozytywne, takie jak uspokojenie, harmonia, zadowolenie, radość, poczucie szczęścia. Pożyteczne jest więc dla człowieka, gdy spotkają go jakieś niepowodzenia, straty, klęski, bo to powoduje dezintegrację, która, gdy jest należycie przeżyta, prowadzi do rozwoju psychicznego. Właśnie należyte ustosunkowanie się do swego cierpienia ułatwia człowiekowi przejście na wyższy poziom rozwoju, co związane jest z zadowoleniem, radością, poczuciem szczęścia….Zadowolenie z siebie i z życia mogą być nieraz przeszkodą w rozwoju, bo dają człowiekowi tępy spokój i usypiają jego wrodzony pęd do rozwoju, czyli do wspinania się.” (Edyta Turel: „Etapy rozwoju psychicznego człowieka” – na podstawie książki Kazimierza Dąbrowskiego „Dezintegracja pozytywna”)

Carl R. Rogers, psycholog, który na trwałe wpisał się w historię myśli psychologicznej, w swojej książce „O stawaniu się osobą” napisał: „Życie jest najbogatsze i przynosi największe zadowolenie, kiedy jest ciągłym procesem.”

Arnold Mindell, twórca psychologii procesu, używa analogii pociągu, który jedzie i zatrzymuje się na różnych stacjach: „Ogólnie rzecz biorąc pracę z procesem można porównywać do jadącego pociągu. Pociąg zatrzymuje się na różnych stacjach, a potem rusza dalej. Ludzie zazwyczaj myślą w terminach stacji, czyli ‚stanów’. Mówimy, że ktoś jest zwariowany, chory lub umierający, lecz są to tylko nazwy poszczególnych miejscowości, w których pociąg zatrzymuje się… Jeśli nasz umysł nie nadąża za zmianą, wtedy możemy utknąć na jakiejś stacji życiowej na dłuży czas. Nam się wydaje, że stoimy, ale nasze życie jedzie do przodu. To wywołuje wiele wewnętrznych i zewnętrznych napięć. Może nam się wydawać, że rzeczy, które się nam przydarzają, zakłócają nasz względny spokój, ale może to my zakłócamy nasz naturalny rozwój przez to, że w nim nie uczestniczymy świadomie.”

Karen Horney, psycholog i psychoanalityk, z ogromnym doświadczeniem, dostrzegła efekt, jaki  pojawia się, kiedy człowiek nie odpowiada na swój wewnętrzny dynamizm. Wówczas w człowieku może pojawić się nie tylko dyskomfort, brak satysfakcji czy radości życia, ale i znaczne obniżenie nastroju, spadek energii życiowej albo złość, a nawet agresja. Zjawisko to szeroko  opisała  w swojej książce „Nasz wewnętrzny konflikt”.

W Biblii czytamy: „…trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga…”  (Ef 4,22-24)

Katechizm Kościoła Katolickiego przekonuje, że Bóg wszczepił w człowieka naturalne pragnienie szczęścia. „Godność osoby ludzkiej ma podstawę w stworzeniu jej na obraz i podobieństwo Boże, wypełnia się ona w powołaniu jej do Boskiego szczęścia…” (KKK,1700)  „Bóg powołuje nas do swojego własnego szczęścia. Powołanie to jest skierowane do każdego osobiście.” (KKK, 1719)

"Człowiek został stworzony dla szczęścia” (Jan Paweł II, Toronto 2002)

Moje osobiste doświadczenie.

Kiedy zdiagnozowano u mnie chłoniaka, stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia, kiedy uwierzę w mój wewnętrzny dynamizm. Otworzyłem się na siebie, monitorowałem własne uczucia, emocje, myśli i bardzo często powtarzałem sobie: będzie ze mną wszystko to, co jest dla mnie najlepsze. Od tamtego czasu minęło dwanaście lat, lekarze już dawno stwierdzili, że pokonałem raka, a ja często mam poczucie, że rzeczywiście dzieje się ze mną wszystko to, co  jest dla mnie najlepsze.  

Warto uwierzyć i  zaakceptować fakt, że życie to nieustanna zmiana, że wszyscy jesteśmy wyposażeni w mechanizmy ukierunkowujące nasze życie na optymalne dla nas doświadczenia, poczucie szczęścia, spełnienia, satysfakcji i radości życia. Kiedy już w to uwierzymy, i zaakceptujemy ten fakt, wówczas trudności, konflikty nie są już problemami, tylko szansą na pozbycie się naszych wewnętrznych hamulców na drodze naturalnego prcesu wzrostu – naszego osobistego rozwoju.

Już kilka pokoleń naukowców z Uniwersytetu Harvarda bada, co sprawia, że ludzie są szczęśliwi. Przed 75 laty wybrali grupę 724 mężczyzn i rok po roku monitorowali ich losy. Dziś badanych jest ponad 2000 ich dzieci. Obecnie projekt ten nadzoruje już czwarty kierownik, Robert Waldinger.

W podsumowaniu dotychczasowych wyników Waldinger powiedział:

„Więc czego się dowiedzieliśmy? Jakie lekcje płyną z dziesiątek tysięcy stron z informacjami, które zebraliśmy na temat ich żyć? Cóż, lekcje te nie dotyczą bogactwa, sławy ani coraz cięższej pracy. Najprostszy przekaz, jaki wyłania się z tych 75 lat badań, to: dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi. Kropka.”

Pierwszy raz o tych badaniach przeczytałem w jakimś artykule ponad 10 lat temu. Wówczas zrobiły na mnie ogromne wrażenie wnioskami, jakie z nich się wyłaniały. Dziś uznaję, iż te badania  mogą wywołać negatywne konsekwencje. W ich wyniku mogą powstać przekonania o tym, iż prawdziwego szczęścia należy szukać głównie  w relacjach z innymi. Bo jak inaczej odczytać słowa obecnego kierownika tych badań: dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi.

Przekonania te uznaję za wręcz niebezpieczne, gdyż odwracają uwagę człowieka od niego samego, czyniąc głównie z otoczenia podstawowe źródło szczęścia. Jak pokazuje praktyka, kiedy człowiek z takim nastawieniem  nie odczuwa szczęścia, przyczynę tego stanu rzeczy upatruje głównie w innych. Wówczas albo w jego postawie dominuje niezadowolenie, a nawet złość i agresja, albo wycofuje się on z relacji.

To, co odczuwamy w relacjach ze światem zewnętrznym, jest głównie wynikiem naszych predyspozycji albo dokładniej – poziomu naszych potrzeb, które stawiają światu określone oczekiwania. Kiedy poziom tych potrzeb jest wysoki (mówię tu o potrzebie akceptacji, uwagi ze strony innych, troski, życzliwości), wówczas postawa innych wobec nas staje się główną przyczyną stanów naszego umysłu (poczucia szczęścia lub  jego braku). To inni decydują o tym, jak się czujemy.

Tymczasem (o czym mówią nie tylko psychologowie, ale również  m.in. religia chrześcijańska),  mamy wszystkie predyspozycje do tego, aby budować naszą niezależność od świata zewnętrznego. Oznacza to, że mamy w sobie źródło dające nam autonomiczne poczucie szczęścia. Skrywa się  ono pod pokładami lęków, obaw i destrukcyjnych przekonań. Prawdą jest, że ciepłe, przepełnione życzliwością relacje z innymi mogą wspierać odkrywanie tego źródła, ale nie mogą go zastąpić.

To błędne nadawanie relacjom rangi głównego źródła szczęścia obserwuję niemalże co dzień podczas pracy z małżeństwami. Jedna albo druga, a zdarza się, że i obie strony, oskarżają siebie nawzajem o brak odpowiedniej postawy, która zapewniłaby im poczucie szczęścia. Często przez całe lata żyją w poczuciu niedosytu, koncentrując uwagę na partnerze. Stan taki wyjątkowo sprzyja powstawaniu konfliktów, i to z byle powodu.

Wielokrotnie odnotowuję  zdziwienie, a nawet niedowierzanie, kiedy mówię o zmianie kierunku uwagi i o potrzebie koncentracji na sobie w celu odkrywania pierwotnego źródła szczęścia. Dla wielu osób jest to coś tak nowego, że potrzebują niekiedy sporo czasu, aby oswoić się z tą myślą, a potem podjąć wspólnie ze mną pracę nad sobą. Zdarza się, że po takiej informacji niektóre osoby zrywają ze mną kontakt. Dotychczas żyły w przekonaniu, że to inni odpowiedzialni są za ich brak poczucia szczęścia. Tymczasem ja głoszę radykalnie inny punkt widzenia, co wywołuje w nich niekiedy silny dyskomfort. Przyjęcie takiej perspektywy oznacza nie tylko zgodę na wewnętrzne przemiany, ale i decyzję o pracy nad sobą samym, a to często znacznie wykracza poza ich aktualny poziom świadomości.    

Z szacunkiem przyjmuję wyniki badań naukowców z Harvardu. Uważam jednak, że ich wyniki powinny być publikowane z odpowiednim komentarzem. Statystycznie rzecz biorąc, jeszcze zbyt wielu ludzi skoncentrowanych jest na zewnętrznym źródle szczęścia, w którym poszukują spełnienia i radości życia. To dlatego w każdym możliwym miejscu powinna pojawiać się informacja o potrzebie pracy nad sobą, tym bardziej, że dziś wiedza o tym, jak to skutecznie robić, jest dostępna.

Pytanie to pojawiło się u mnie jakiś czas temu, gdy negatywnie wypowiedziałem się na temat naszego Kościoła, i kiedy usłyszałem zarzut o moim krytycznym nastawieniu do niego. Ponadto pytanie to wybrzmiewa równie mocno, kiedy w ramach mojej pracy terapeutycznej ze związkami małżeńskimi/partnerskimi, obserwuję zjawisko wzajemnego wypominania sobie negatywnych zachowań. Zgłębiając ten proces krytycznych osądów dostrzegłem, jak ważnym jest odróżnienie tych, które są przejawem krytykanctwa, od tych, które podyktowane są rzeczywistą troską. To dwa, niekiedy nawet bardzo podobne do siebie przekazy, ale wynikające z dwóch zupełnie różnych intencji.

Samo słowo „krytyka” pochodzi od greckiego „krytikós” i oznacza „umiejący rozróżnić, sądzić, oceniać”. Krytykanctwem nazywam tu postawę, której zasadniczym celem jest przyłapywanie innych na ich błędach, wykazywanie  im braku umiejętności i kompetencji oraz obnażanie ich słabości. Pierwowzorem tej postawy jest  Sokrates, który czerpał satysfakcję z obalania cudzych twierdzeń.  Edward de Bono w swojej książce „Myślenie kreatywne” tak opisuje krytykanta:

Kiedy chce wnieść coś od siebie, uczestnicząc w spotkaniu/rozmowie, albo chce zwrócić na siebie uwagę, musi coś powiedzieć. Najprostszą formą tego jest negacja.[…]

Krytykanctwo jest bardzo atrakcyjne i satysfakcjonujące emocjonalnie. Zaatakowanie jakiegoś pomysłu daje natychmiastową przewagę.[…]

Krytykanctwo jest jednym z niewielu sposobów, w jaki niekreatywni ludzie mogą cokolwiek osiągnąć. Wielu krytyków teatralnych stało się w ten sposób ważniejszymi od autorów sztuk.[…]

Edward de Bono to światowej sławy autorytet w dziedzinie twórczego myślenia. Z jego koncepcjami i poglądami pierwszy raz zetknąłem się ponad 20 lat temu. Od tamtej pory zdobyte przeze mnie doświadczenie w pełni potwierdziło jego stanowisko, które można by najkrócej ująć w słowach:  krytykanctwo to efekt działania ego, którego celem jest przede wszystkim potwierdzanie swoich racji, budowanie swojej ważności i wyższości.                                           

Jest również inna motywacja, którą może kierować się człowiek wyrażając krytyczny osąd. Jej celem nie jest dowartościowanie się i budowanie poczucia własnej ważności, czyli zaspokajanie potrzeb ego.   To zupełnie inna intencja, która powodowana jest przede wszystkim troską wynikłą z prawdziwej życzliwości. W swoim założeniu ma być ona konstruktywna, pokazując to, co wymaga zmiany, naprawy czy  udoskonalenia.  Działania te mają przynieść korzyść przede wszystkim osobie, do której kierowany jest krytyczny osąd.   

Jak odróżnić u siebie te tak różne intencje, leżące u podstaw krytycznego osądu  innych?

Kiedy wyrażałem się krytycznie na temat naszego Kościoła, zadawałem sobie pytania: co mną kieruje? co jest dla mnie ważne? jak się czuję wyrażając krytyczny osąd? czy jest to satysfakcja, czy troska? To pytania, które pomagają zdiagnozować swoje prawdziwe intencje. Niezbędny jest jednak do tego wysoki poziom samoświadomości, pozwalający zdiagnozować nasze ego i  rozpoznać jego wpływ na nasze zachowanie i postawę.

Jak pokazuje praktyka, niestety, jest z tym największy problem. Ego potrafi stworzyć taki  system ochrony siebie samego, potrafi tak się zakamuflować, że wytworzy silne przekonanie, iż nasze krytykanctwo to wyraz prawdziwej troski. Widać to szczególnie u osób o niskim poziomie samoświadomości.  Mam okazję obserwowania tego zjawiska w małżeństwach, którym udzielam wsparcia w pokonaniu ich kryzysów małżeńskich. W odpowiedzi na zarzut jednej ze stron, że słyszy głównie krytykę, pada odpowiedz, że „chcę ci tylko pomóc, podzielić się swoimi doświadczeniami i wiedzą, której nie posiadasz.”

Spotykam się również z sytuacjami, nie tylko w małżeństwie, w których ewidentnie widać prawdziwą troskę, jednak jest ona intepretowana jako krytykanctwo.  Mocno utwierdzone przekonania, powstałe w wyniku wcześniejszych doświadczeń,  o tym, że ludzie kierują się  głównie złymi intencjami, rzutuje silnie na takie postrzeganie innych.  Miałem okazję poznania ludzi, którzy mimo tego, iż czuli się w relacjach źle, bardziej byli zainteresowani potwierdzaniem swoich negatywnych  przekonań na temat innych, niż otwarciem się na ich troskę.

Ego, kierując się głównie potrzebą bycia ważnym i docenionym, sprawia, że w relacjach z innymi, najczęściej nieświadomie, przyjmujemy postawę krytykanta, albo… odrzucamy wyrazy prawdziwej troski. Nie widzę innej możliwości w zmianie tego destrukcyjnego stanu rzeczy, jak tylko poprzez zdobywanie wiedzy, czym przejawia się ego i budowanie samoświadomości, czyli odkrywanie markerów ego w sobie. Tylko w ten sposób możliwe jest „odklejanie się” od ego i  budowanie postawy prawdziwej troski, zdobywanie umiejętności przyjmowania jej od innych, a jednocześnie asertywne reagowanie na przejawy krytykanctwa.

Korzystając z okazji, chciałbym zapewnić tych, którzy zarzucają mi krytykanctwo wobec naszego Kościoła, iż wypowiadając negatywne osądy kieruję się  głównie troską. Od wielu lat buduję świadomość samego siebie, co pozwala mi z coraz większą łatwością dostrzec moje ego. Być może są jeszcze obszary życia, w których jest ono jeszcze aktywne.  Na pewno jednak  w stosunku do Kościoła motywowany jestem prawdziwą i  szczerą troską.  Moim zdaniem Kościół nie wykorzystuje swoich wyjątkowych możliwości, jakie posiada w zakresie wsparcia wiernych w ich pracy nad sobą, w wyzbywaniu się ego,  na rzecz prawdziwej miłości.  Odnoszę wrażenie, że wielu duchownych nie rozumie prawa, jakiego Kościół jest zobowiązany przestrzegać i które powinien promować. Katechizm Kościoła Katolickiego nazywa je „prawem miłości”, które pobudza do działania bardziej z miłości niż z bojaźni…, skłania do spontanicznego działania pod wpływem miłości. (KKK, 1972).

Przez wiele lat intrygowało mnie, co leży u fundamentów nieporozumień, konfliktów między ludźmi i wynikających z nich podziałów. Dostrzegłem, iż jedną z przyczyn jest silna potrzeba posiadania racji i narzucanie jej innym. Konsekwencją takiej postawy jest brak otwartości na inny punkt widzenia, inne idee i pomysły. Z perspektywy działania ludzkiej psychiki jest to efekt zaniżonego poczucia własnej wartości,  czego często ta osoba sobie nie uświadamia. Buduje ona swoją wartość  udowadniając światu: „to ja mam rację, bo wiem więcej, znam się na tym najlepiej”. I nie ma tu znaczenia, czy rzeczywiście wie więcej i czy zna się najlepiej  na zagadnieniu, na temat którego się wypowiada. Chodzi o to, aby mieć rację.

Zgłębiając problem konfliktów i podziałów między ludźmi  dostrzegłem, że mechanizm ten jest częścią znacznie szerszego zagadnienia, a jest nim świadomość. Potrzeba posiadania racji występuje na jej określonych poziomach, jednocześnie zanikając na innych. Studia nad tą sferą ludzkiego życia pokazały mi, że to świadomość w zasadniczym stopniu determinuje zarówno jakość relacji międzyludzkich, jak i jakość życia człowieka. To dlatego tezę, którą zawarłem w tytule, uznaję za w pełni uzasadnioną.

O znaczeniu  świadomości w życiu człowieka mówił już Sokrates twierdząc, że "życie nieświadome nie jest warte tego, by je przeżyć". Eckhart Tolle, współczesny nauczyciel duchowy, twierdzi, że „nie sposób być jednocześnie świadomym i nieszczęśliwym”.

W Polsce zagadnienie to zgłębiał  profesor psychologii  Zbigniew Zaborowski z Uniwersytetu Warszawskiego. Już na początku pierwszego rozdziału swojej książki „Świadomość i samoświadomość człowieka”  napisał: „Funkcje świadomości i samoświadomości w regulacji życia wewnętrznego i zachowania człowieka należą do najważniejszych problemów psychologicznych. Są one jednak  przez psychologów niedocenione lub wręcz pomijane (…) Moim zdaniem jest czymś skandalicznym, że współczesne dyskusje w filozofii i psychologii tak rzadko dotyczą świadomości”. Dalej prof. Zaborowski stwierdził, że „samoświadomość stanowi instancję nadrzędną w psychice”. To z tego powodu prof. Zaborowski, nie dostrzegając u psychologów zainteresowania świadomością na miarę znaczenia tego zagadnienia, określa tę sytuację jako „skandaliczną”.

Największy wpływ na moje zrozumienie świadomości miały prace amerykańskiego naukowca, eksperta w dziedzinie procesów umysłowych,  Davida R. Hawkinsa. Czytając jego książki („Siła czy moc”, „Przekraczanie granic świadomości”, „Przywracanie zdrowia”) zrozumiałem, że rzeczywiście świadomość (w tym samoświadomość) „stanowi instancję nadrzędną w psychice”. Prof. Hawkins w przejrzysty i ciekawy sposób prezentuje koncepcję, która zakłada, że człowiek może być na różnych poziomach świadomości. Opisuje poziomy wyjątkowo destrukcyjne dla człowieka, jak również te, na których może on smakować  szczęście, jednocześnie osiągając wysoką skuteczność swoich decyzji i wyborów. Przekaz, jaki mocno pobrzmiewa w książkach Hawkinsa, skrótowo można ująć w następujących słowach: zmieniaj swoją świadomość, wznoś się na jej coraz wyższe poziomy, a twoje życie będzie coraz bardziej spełnione i szczęśliwe.

Przeczytałem w swoim życiu setki (a może tysiące ?) książek z dziedziny psychologii, socjologii i rozwoju osobistego. Są wśród nich takie, które w sposób szczególny wpłynęły na moje zrozumienie ludzkiej natury. Bez wątpienia książki prof. Hawkinsa do nich należą.

Czym jest świadomość

Chciałbym tutaj podzielić się moim osobistym doświadczeniami w procesie zrozumienia, czym jest świadomość. Pamiętam, a było to wiele lat temu, jak z pewnym zaskoczeniem stwierdziłem, że w reakcji na tę samą sytuację, ja zareagowałem niepokojem, a mój przyjaciel spokojem. Wówczas zastanowiło mnie, jak to możliwe, że jesteśmy w tej samej sytuacji, a jednocześnie zupełnie inaczej reagujemy. Potrzebowałem wiedzy i czasu na zrozumienie, że co prawda byliśmy w tej samej sytuacji, ale ja widziałem ją zupełnie inaczej, i to nie z powodu uszkodzonego wzroku. Wówczas nawet nie nosiłem okularów.

Świadomość (w tym samoświadomość) to inaczej ekran naszego umysłu, w który wyposażony jest każdy człowiek (ekran ten wyłącza się w czasie snu albo podczas narkozy lub ciężkiej choroby ). To na nim odbieramy  informacje płynące z naszych zmysłów. Na ekranie tym przebiegają nasze procesy myślowe, jak również na nim identyfikujemy pojawiające się w nas uczucia i emocje.

Problemem jest to, że informacje płynące ze zmysłu wzroku, zanim dotrą do naszego ekranu umysłu –  świadomości, w pierwszej kolejności przechodzą przez system , który go „obrabia” według własnych założeń. Kiedy jest w nich lęk i  przekonanie, że świat jest pełen zagrożeń, to w świadomości pojawi się obraz tego świata w pełni potwierdzający te założenia. Kiedy natomiast w tym filtrze percepcji pojawi się spokój i poczucie bezpieczeństwa, to ukształtuje on właśnie taki charakter świadomości.  W ten sposób u różnych ludzi mogą się pojawić tak różne obrazy tej samej rzeczywistości. A ponieważ  każdy reaguje na to, co pojawia się na ekranie jego umysłu,  to dlatego ludzie tak różnie postępują w tych samych sytuacjach/realiach.

Tak więc nasze postrzeganie świata ma swoje „zabarwienie” – charakter, i to jest  właśnie cechą szczególną świadomości i samoświadomości. Przez znaczną część mojego życia świadomość samego siebie była „zabarwiona” lękiem. Prof. Zaborowski nazywa ją „samoświadomością obronną”, która „polega na kodowaniu i przetwarzaniu  informacji o sobie na podłożu lęku, niepokoju”. To kodowanie i przetwarzanie informacji o sobie i świecie może być również oparte na poczuciu bezpieczeństwa oraz wewnętrznej sile.

Prof. Hawkins w wyniku wieloletnich badań stworzył mapę świadomości. Wyróżnił 17 jej poziomów, które zhierarchizował od najbardziej destrukcyjnych po najbardziej pożądane. Opisał je bardzo szczegółowo w zakresie tego, czym się charakteryzują i  jak się ujawniają w zachowaniu i postawie człowieka. Według Hawkinsa świadomość na niższych poziomach kierowana jest przez ego i  lęk, na wyższych – przez miłość będącą wyrazem boskiego pierwiastka, jaki jest w każdym człowieku. Konfrontując opis zachowań i postaw człowieka na wyższych poziomach świadomości z tym, co zaleca Biblia, rzeczywiście bez trudu można dostrzec spójność tych przekazów. Wyższe poziomy świadomości odpowiadają temu, o czym mówi psychologia pozytywna. Są tam opisy zachowań i postaw, jakie przypisane są stanowi „flow”. Wpisują się one dokładnie również w cechy „uzdrawiającej osobowości”, czyli takiej, która najlepiej radzi sobie z chorobami. 

Kiedy zacząłem rozumieć świadomość, dopiero wtedy dotarło do mnie, co jest przyczyną problemów, konfliktów, podziałów. Pojąłem, czym jest rozwój osobisty. Zrozumiałem, co kryje się pod stwierdzeniem „życie jest drogą”. Jest to wznoszenie się na coraz wyższe poziomy świadomości, dzięki czemu  czyścimy nasz ekran umysłu z lęków, uprzedzeń, kompleksów i przekonań, powstałych w wyniku przeżytych traum. Wówczas zaczynamy postrzegać świat takim, jaki on naprawdę jest, co sprawia, że nasze decyzje i wybory stają się adekwatne do otaczającej nas rzeczywistości.

Od wieków wiadomym było, co skutecznie może wznosić nas na wyższe poziomy świadomości. Współcześnie nauka potwierdza to w sposób jednoznaczny.  Jest to medytacja i trening uważności. Wsparcie tych działań odpowiednią wiedzą  znacznie poprawia skuteczność zdobywania coraz wyższych poziomów świadomości.

Na koniec jeszcze jedna, ogólna refleksja: kiedy zrozumiemy istotę świadomości, zrozumiemy również czym tak naprawdę jest szczęście i miłość oraz na czym polega sens życia.   

Podczas  pasterki, w której tradycyjnie uczestniczyłem po wieczerzy wigilijnej, w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że myślami jestem gdzie indziej. Ksiądz sobie, a moje myśli sobie. Mając już doświadczenie w zarządzaniu własnym umysłem, szybko wróciłem myślami do miejsca, w którym byłem fizycznie. Zarówno błądzenie myślami, jak i natręctwa myśli, to zjawiska dobrze mi znane nie tylko z książek czy poradników, ale również z osobistych doświadczeń. Wiem, jak bardzo są one powszechne. To dlatego uznałem, że warto o nich napisać, tym bardziej, że dobrze wiem, jaki wpływ ma wiedza o naturze myśli na rozwijanie umiejętności zarządzania myślami. Być może będzie to komuś pomocne.

Zarówno myśl  (obraz, ocena rzeczy, ludzi, zjawisk), jak i proces myślenia, poza uczuciami i emocjami, stanowią główną treść ekranu naszego umysłu. Możemy, za sprawą naszej woli, świadomie wypełnić go myślami (np. kiedy przed snem chcemy dokonać analizy minionego dnia) albo (jak to miało miejsce u mnie  podczas pasterki) bez naszego udziału myśli pojawiają się same.

Mówiąc o „wypełnianiu myślami” ekranu naszego umysłu, mam na myśli kierowanie uwagi na świadomie wybrane przez nas treści. To jedna z najważniejszych umiejętności, w jakie zostaliśmy wyposażeni, ale niestety często mało rozwiniętych. Zarządzając  naszą uwagą możemy decydować o tym, jakie myśli pojawią się na ekranie naszego umysłu.  Korzystając z tej umiejętności na powrót skupiłem uwagę na tym, co podczas pasterki działo się wokół mnie. Dzięki niej również przed snem robię zwykle przegląd minionego dnia.  

Bywa jednak i tak, że kiedy spotka nas przykrość  ze strony innych lub zostajemy niesłusznie skrytykowani albo oskarżeni o coś, wówczas dużo trudniej odwrócić  uwagę od myślenia o tym fakcie. Czasami mamy wrażenie, że jest to w ogóle niemożliwe. Za sprawą jakichś dziwnych sił uwaga „przyczepia się” do tego wydarzenia, a myślenie krąży tylko wokół niego, jednocześnie wyzwalając destrukcyjne dla nas uczucia i emocje.

Co poza nami, poza naszą wolą, zarządza naszą uwagą ?

Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, musimy sięgnąć pamięcią  do czasów, kiedy żyliśmy jeszcze w jaskiniach, a nasze życie w dużej mierze uwarunkowane było  tym, na ile właściwie potrafimy zareagować na różne zagrożenia, między innymi ze strony dzikich bestii. To wówczas w procesie ewolucji wykształcił się w nas mechanizm, który błyskawicznie, poza naszą świadomością, oceniał zagrożenie przez pryzmat pytania: „czy ja będę jego obiadem, czy on moim?”. W zależności od odpowiedzi uruchamiał się mechanizm „walki” albo „ucieczki”. Dodatkowo automatycznie cały organizm był przygotowywany do wybranej formy reakcji, a uwaga koncentrowała się głównie na zagrożeniu.

 Mechanizm ten nazywam mechanizmem reakcji/zachowań obronnych (Joseph Ledoux w książce „Mózg emocjonalny” nazywa go mechanizmem strachu). Do dziś nie zmienił on formy swojego działania: monitoruje, ocenia i wyzwala reakcje, w zależności od ocenionego przez niego stopnia zagrożenia. Kiedy zdiagnozuje niebezpieczeństwo, niemożliwe staje się myślenie o czymś innym, jak tylko o tym, co nam zagraża.  Gdy słyszę w lesie trzask gałęzi z niezidentyfikowanego źródła, trudno mi się skupić na myśleniu o grzybach, których właśnie szukałem. Im dłużej trwa taka chwila,  tym „szczelniej”  ekran mojego umysłu wypełniony jest pytaniem: „co to takiego?”. Jest to w pełni uzasadnione, gdyż w tej chwili być może chodzi o moje życie. Mechanizm zachowań obronnych ma pierwszeństwo przed wszystkimi innymi procesami i dlatego m.in. automatycznie uwaga kierowana jest na zagrożenie.

Jak twierdzą psychologowie ewolucyjni, to dzięki temu mechanizmowi przetrwał gatunek ludzki. Twierdzą jednocześnie, że nie jest on dostosowany do warunków, w jakich obecnie żyjemy.

Dziś już w centrum uwagi mechanizmu zachowań obronnych leżą nie dzikie bestie, a inni ludzie. Współcześnie mechanizm ten głównie koncentruje się na sferze relacji z innymi. Tam diagnozuje stan bezpieczeństwa lub jego brak. Monitoruje i ocenia, ile w innych ludziach jest akceptacji, zrozumienia, zainteresowania i życzliwości. Dopiero kiedy zidentyfikuje takie zachowania, relacje uznaje za bezpieczne. W innym przypadku wyzwala reakcje podobne do tych, jakie pojawiały się, kiedy stawaliśmy naprzeciw dzikiej bestii.

To z tego powodu, gdy ktoś sprawi nam przykrość lub niesłusznie skrytykuje, mechanizm zachowań obronnych identyfikuje taką sytuację jako zagrożenie i przejmuje kontrolę nad naszym myśleniem.  Uwaga „przyczepia” się do źródła zagrożenia, a procesy myślowe, wspierane naszą inteligencją, stają się monotematyczne, obejmując swoim zakresem tylko to bolesne dla nas wydarzenie. Na nic zdają się zalecenia innych albo nasze starania, aby przestać o tym myśleć. Mechanizm zachowań obronnych zarządził alarm.

Zjawisko to obserwuję niemalże codziennie podczas moich spotkań z małżeństwami poszukującymi wsparcia. Ich mechanizmy zachowań obronnych zarejestrowały stan zagrożenia w ich relacjach. Skutkuje to zarówno adekwatnymi do stanu zagrożenia uczuciami i emocjami, jak również uwagą, która „przyczepia” się do myśli o tym zagrożeniu. Trudno w takim stanie o spokój i harmonię, a już w ogóle nie jest możliwe dostrzeżenie wypatrywanej z takim utęsknieniem miłości.

Opanowanie zjawiska błądzenia myślami jest o wiele łatwiejsze niż opanowanie natręctwa myśli, kiedy nasze mechanizmy zachowań obronnych zdiagnozują zagrożenie. Podczas  pasterki straciłem tylko chwilowo kontrolę nad moją uwagą.  Pamiętam jednak chwile, kiedy w wyniku traumatycznych wydarzeń nie było mowy o zmianie treści ekranu mojego umysłu, gdyż uwaga nie poddawała się żadnej kontroli.  W wyniku natręctwa myśli potęgowały się destrukcyjne dla mnie uczucia i emocje. Wpadałem w spiralę destrukcyjnego „samonakręcania się”.

Na szczęście można przeciwdziałać temu wyjątkowo negatywnemu  zjawisku. Niezbędny jest do tego odpowiedni trening uwagi, dzięki któremu zwiększamy nasz wpływ na nią. W ten sposób z czasem stajemy się coraz bardziej wprawnymi programistami treści monitora naszego umysłu.  Czyni nas to coraz bardziej  autonomicznymi – niezależnymi psychicznie od czynników zewnętrznych (w tym od innych ludzi).  To my zaczynamy decydować nie tylko o tym, o czym mamy myśleć, ale również o przeżywanych uczuciach i emocjach.

 Ponadto niezmiernie ważne jest „oswajanie” mechanizmu zachowań obronnych. Niestety, bardzo powszechnym zjawiskiem jest jego nadwrażliwość na zagrożenia, co sprawia, że „postrzega” on rzeczywistość głównie przez pryzmat czyhających wszędzie niebezpieczeństw. Dlaczego tak się dzieje, to temat wykraczający poza treść niniejszego artykułu.  „Oswajanie” to proces zmniejszania poczucia zagrożenia, w wyniku którego ocena, a potem reakcje mechanizmu zachowań obronnych, stają się adekwatne do stopnia zagrożenia. Tutaj również dzięki odpowiedniemu treningowi możliwe jest usprawnianie pracy tego mechanizmu.  

Poza treningami, o których tu mówię (informacje o nich można znaleźć w internecie, zainteresowanych zapraszam również do kontaktu ze mną), polecam gorąco zasadę, którą stosuję od lat, a która bardzo mi się sprawdziła.  Jest to zasada „ograniczonego zaufania do własnych myśli”. Kiedy tylko dostrzegam w nich niepokój, przestaję im ufać. Z kolei, kiedy są w nich takie uczucia, jak spokój, opanowanie, wiara w najlepsze dla mnie rozwiązania, wówczas dopiero zatrzymuję na nich moją uwagę. Powodzenia J

„Gdzie ci mężczyźni?” – to słowa pochodzące z popularnej niegdyś piosenki Danuty Rinn. Mimo tego, że wpisują się bardziej w wypowiedź kobiety niż mężczyzny, wielokrotnie i ja niemalże wykrzykiwałem to pytanie, kiedy wiele lat temu pracowałem w biurze matrymonialnym. Moim zadaniem było przeprowadzenie pogłębionego wywiadu z osobami poszukującymi życiowych partnerów. I właśnie po takim wywiadzie, kiedy już poznałem klientkę, niekiedy miałem ochotę stanąć w centrum Szczecina i krzyczeć: „Gdzie ci mężczyźni?!”. Wówczas trudno było mi zrozumieć, dlaczego kobieta atrakcyjnie fizycznie, niezależna finansowo, a jednocześnie posiadająca najważniejsze cechy, niezbędne do budowania związku (takie jak m.in. poczucie własnej wartości czy empatię), ma problem ze znalezieniem odpowiedniego partnera. Dlaczego mężczyźni, z którymi wchodziła w relacje, swoją postawą zniechęcali do budowania związku?  Potrzebowałem czasu, a przede wszystkim doświadczenia w pracy z parami, aby zrozumieć to zjawisko. 

Nie dysponuję wynikami badań, które spełniałyby kryteria badań naukowych, mam jednak doświadczenie wyniesione z pracy w biurze matrymonialnym, gdzie przeprowadziłem setki wywiadów (w tym z kobietami i mężczyznami). Ponadto posiadam wieloletnie doświadczenie w pracy z parami. Wszystko to daje mi dość jednoznaczny obraz nas – mężczyzn. Przy czym mówię tu o średniej statystycznej, czyli najczęściej spotykanym obrazie mężczyzny. Wynika z niego jednoznacznie, że  mamy dużo bardziej aktywną potrzebę miłości niż kobiety, czyli potrzebujemy więcej niż one zainteresowania, wsparcia, troski, życzliwości, docenienia.  W wyniku tej wyjątkowo aktywnej potrzeby mężczyźni przyjmują różną postawę, ale zawsze destrukcyjną dla związku. Jedni wprost domagają się przejawów miłości, co niekiedy sprawia nawet, że  rywalizują z dziećmi o dostęp do  źródła miłości. Kiedy to jednak dziecko wygrywa w tej rywalizacji, potrafią powiedzieć, że już nie są kochani, i że cała miłość żony została przelana na dziecko. Inni z kolei demonstrują pewność siebie, mocno podkreślając swoją niezależność psychiczną (typ „macho”). Jednak z powodu niezaspokojonej potrzeby miłości potrafią nawet zrobić awanturę z powodu przesolonej zupy, chociaż jeszcze wczoraj im smakowała. Nie przyznają się nawet sami przed sobą do tego, że tak bardzo potrzebują miłości żony/partnerki. Potrafią jednak  wyładować powstałe w wyniku tej niezaspokojenia potrzeby negatywne emocje w sytuacjach niekiedy absurdalnych, obciążając za nie żonę/partnerkę. Zestaw zachowań mężczyzn z niezaspokojoną potrzebą miłości jest znacznie szerszy, jednak nie chcę się tu koncentrować na ich opisie.

Moim zdaniem problem ten bierze się głównie stąd, że większość ludzi nie ma wiedzy i świadomości, czym jest potrzeba miłości, a czym prawdziwa miłość. Piszę i mówię o tym od wielu lat.  Często słyszę (nie tylko z ust mężczyzn): „ Tak bardzo ją/go kocham”, a jednocześnie w tej narracji jednoznacznie identyfikuję wysoką potrzebę miłości. Kiedy osoby te mówią „kocham cię”, to nie jest informacja o ich nastawieniu do bliskiej im osoby, a wołaniem o miłość. Jest to forma prowokacji mającej na celu uzyskanie zapewnienia, że jest się kochanym.  

Wszyscy rodzimy się z tą potrzebą, a potem towarzyszy ona nam przez całe życie. To w jej wyniku tworzy się więź pomiędzy dzieckiem a matką, a potem pomiędzy życiowymi partnerami. Problem powstaje wtedy, kiedy w życiu dorosłym potrzeba ta jest zbyt wysoka i kiedy w jej wyniku pojawiają się głównie wymagania i oczekiwania. Wówczas to ona w dużej mierze kieruje życiem człowieka, sprawiając, iż przede wszystkim stawia on wymagania wobec innych, jednocześnie oczekując zainteresowania , wsparcia, troski, życzliwości i docenienia. I taki jest obraz statystycznego mężczyzny, który najczęściej nie ma świadomości, jak bardzo jego postawa podporządkowana jest zaspokojeniu dominującej w nim potrzeby miłości.

 Pisząc to wiem, że być może narażę się niektórym przedstawicielom mojej płci, jednak dla tych, którzy nie będą się czuli zbyt urażeni, mam propozycję. Zalecenia autorytetów w dziedzinie osobistego rozwoju mówią, że aby ograniczyć wpływ tej potrzeby, należy przede wszystkim zacząć od obnażania jej  przed samym sobą. Moje osobiste doświadczenia w pełni potwierdzają pozytywny efekt tego kroku. Przyznanie się przed samym sobą, że jest się obciążonym wysoką  potrzebą miłości jest pierwszym i najważniejszym krokiem do budowania psychicznej dojrzałości.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia. Chciałbym, aby mocno tu wybrzmiała, chociaż wiem, że może wzbudzać kontrowersje. Każdy człowiek posiada w sobie taką część „Ja”, która jest wyrazem czystej, bezwarunkowej miłości. To z niej wynika poczucie wewnętrznej siły, spokoju, harmonii oraz poczucie prawdziwego szczęścia nie uwarunkowanego niczym i nikim.  Pierwiastek ten sprawia, że w miejsce potrzeby miłości pojawia się prawdziwa miłość do świata i ludzi. Tę część „Ja” odkrył już Budda, a  wiara chrześcijańska nazywa ją „boskim pierwiastkiem”, który jest w każdym z nas. Zadaniem każdego człowieka  powinno być uaktywnianie tego  pierwiastka, gdyż to on buduje najlepszą wersję nas samych.  Realizacja tego celu czyni z mężczyzny atrakcyjnego życiowego partnera. Tego oczekują kobiety.

Wiem, jak trudno mężczyznom pogodzić się z końcem epoki „pana i władcy”, kiedy  już z samego założenia panujących wówczas relacji mieli zapewniony szacunek i respekt. Jedni w obliczu tych zmian niemalże żebrzą u kobiet o uznanie ich ważności, a inni domagają się tego niekiedy nawet siłą. Jednak istnieją znacznie bardziej atrakcyjne więzi pomiędzy mężczyzną a kobietą, oparte już nie na podległości, a na prawdziwej miłości, którą wszyscy mamy w sobie. Wystarczy ją uaktywniać, a wówczas nie tylko relacje, ale i całe życie daje poczucie spełnienia, satysfakcji i szczęścia.

3 października br. w wielu miastach i miasteczkach Polski, jak również poza granicami kraju, miał miejsce protest kobiet. Był on wyrazem sprzeciwu wobec próby zaostrzania ustawy antyaborcyjnej. W uzasadnieniu protestu można było m.in. usłyszeć, że kobiety chcą mieć prawo wyboru. Chcą decydować same o osobie. Są przeciwne odbieraniu im osobistej wolności.

Rozumiem intencje tych, którzy są za prawem ograniczającym możliwość wykonywania aborcji. Uważam jednak, że nie doceniają oni siły oddziaływania potrzeby wolności wyboru, jaką posiada każdy  człowiek. Nie rozumieją oni natury człowieka, w którą wpisane jest dążenie do stanowienia o sobie samym. Moim zdaniem uczestniczki „czarnego poniedziałku” w znaczącej swej części nie były zwolenniczkami aborcji na życzenie,  jedynie sprzeciwiały się odbieraniu im autonomii.   

Pierwszym, który zwrócił moją uwagę na zagadnienie wolności człowieka był Erich Fromm. Jego książka „Ucieczka od wolności” w  konfrontacji z moimi doświadczeniami osobistymi i zawodowymi uświadomiła mi, jak  ogromne znacznie w życiu człowieka, w procesie budowania jego dojrzałości, ma potrzeba poczucia wolnego wyboru, nie wymuszonego i nie narzuconego przez nikogo.  

 Według Fromma w każdym z nas już od dziecka uaktywnia się  „proces indywiduacji”. Jego zadaniem jest budowanie w nas poczucia odrębności od innych, poczucia własnego „ja”, poczucia wolności. Zadaniem tego wewnętrznego dynamizmu jest ukierunkowanie  nas na wewnętrzny rozwój, którego zewnętrznym wyrazem jest m.in. autonomia – niezależność psychiczna od innych. To proces odrywający nas od pierwotnych więzów, jakie mieliśmy głównie z rodzicami, i prowadzący nas do odnalezienia prawdziwego siebie. Kiedy nasza psychika rozwija się prawidłowo, kiedy w wyniku działania „procesu indywiduacji” stajemy się prawdziwie dojrzali, nasze zachowanie i postawa  automatycznie zaczyna opierać się głównie na uniwersalnych wartościach, takich jak m.in.: szacunek do drugiego człowieka, życzliwość, miłość. Każdy człowiek wyposażony jest w ten szczególny wewnętrzny dynamizm. Kiedy jednak na drodze do wewnętrznej dojrzałości pojawią się przeszkody w formie ograniczenia wolności wyboru, wówczas uaktywnia się bunt i sprzeciw wobec tych ograniczeń. Kiedy człowiek jest na początku tej drogi, bunt i sprzeciw mogą przyjąć wręcz irracjonalną formę. Zjawisko to obrazuje anegdota o Jasiu , który na złość mamie odmroził sobie uszy. Nie chciał założyć czapki, gdyż to nie była jego decyzja, tylko mamy. Niezaspokojona potrzeba decydowania o sobie była silniejsza niż racjonalne przesłanki mówiące o potrzebie ochrony uszu przed mrozem.

W komentarzach, jakie pojawiły się po wprowadzenia pod obrady sejmu nowej  ustawy antyaborcyjnej, dało się słyszeć, że zainteresowanie aborcją może wzrosnąć, co w obliczu opisanego tu zjawiska jest bardzo prawdopodobne. Jestem przekonany, że znaczna część demonstrujących w „czarny poniedziałek” pań nie jest zainteresowana aborcją, ale tym, aby decyzja o niekorzystaniu z niej zależała tylko od nich. Taka jest natura dojrzałego (wolnego) człowieka.

O tej naturze głosili już starożytni filozofowie, mówi o tym zarówno psychologia, jak i nasza wiara. Polecam, szczególnie osobom wierzącym, rozważania o. Ludwika Wiśniewskiego pt. „Blask wolności”, w których mówi m.in.: „Uznanie autonomii człowieka-podmiotu w zakresie działań moralnych nie pociąga żadnej treściowej zmiany w nauczaniu moralnym Kościoła. Kościół nie może zrezygnować z własnej świadomości moralnej i nie może zrezygnować z głoszenia tego, co uważa za dobro, a co za zło. Chodzi jedynie o rezygnację z języka „powinnościowego”.

Erich Fromm we wspomnianej wcześniej książce „Ucieczka od wolności” napisał: „Aby zrozumieć dynamikę procesów społecznych, musimy zrozumieć dynamikę psychologicznych procesów rozgrywających się wewnątrz jednostki”. A te prowadzą człowieka do autonomii, która, szczególnie w fazie początkowej, nie toleruje języka „powinnościowego”.

Dojrzałość człowieka przejawia się potrzebą wolności wyboru. Warto o tym pamiętać oceniając „czarny poniedziałek”.


Scroll to Top